Wietnamskie historie noclegowe
Jeśli chodzi o noclegi w Wietnamie, można podsumować, że jak wszędzie: jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz*. Co zarezerwujesz, to masz - czyli nie trzeba się zrażać moimi przykładami dziwności. Zresztą na poprzednim blogu opisywałam już różne specyficzne noclegi (link dla ciekawych). Ale - co również nie jest wyjątkiem - sama cena za nocleg nie musi świadczyć o tym, co się dostanie (choć nie wiem, jak jest w droższych miejscach, szukaliśmy czegoś wygodnego, ale w miarę możliwości do 100 zł). W Da Nang płaciliśmy na przykład po 45 zł za noc za pokój (w założeniu dwuosobowy!), najmniej podczas całego pobytu - za taką kwotę nie był to oczywiście żaden wymuskany ani klimatyczny hotelik, ale zupełnie przyzwoity: można się przyczepić do słabej izolacji dźwięków, ale poza tym zero uwag. Żeby było trudniej, oceny też nie do końca świadczą o jakości i już podczas przeglądania ofert rzucało się w oczy, że wiele jest zawyżonych, szczególnie w mniejszych, rodzinnych pensjonatach. Kiedy ma się bliski kontakt z obsługą albo właścicielami, oni się wyraźnie starają, dopytują, czy wszystko w porządku i wydają bardzo przejmować recenzjami, to z czystej sympatii ciężko zostawić słabą. Sama się zresztą przekonałam.
*Jeśli jesteśmy przy ścieleniu, to w jednym hotelu dziwiłam się, że tak bardzo chcą, żeby było dobrze, a pościel zostawiają niedopraną :/ Potem wytłumaczyłam sobie, że niektóre plamy ciężko doprać, ale i tak nie przykrywałam się, dopóki za bardzo nie zmarzłam...
Kolega sugerował noclegi w hostelach, żeby, o zgrozo, poznawać ludzi. Niektóre były idealne do tego celu: organizowały imprezy i wspólne wyjścia do klubów, często miały też basen i bar. Dla mnie to koszmarna wizja, od razu oświadczyłam, że na takie rzeczy jestem za stara i za wygodna, a zwykłe noclegi sa na tyle niedrogie, że nie trzeba szukać oszczędności. No i wychodzę z założenia, że nie po to jadę do Azji, żeby szukać okazji do integracji z innymi Europejczykami, zbyt dobrze też pamiętam, jak weszłam na imprezę w takim hostelu w Krabi i poczułam, że to mogłoby być dosłownie gdziekolwiek na świecie, a z Tajlandią nie ma wiele wspólnego.
Straszny pokój w Hanoi
W Hanoi mieliśmy nocleg w centrum, w starym, wąskim budynku. Wysokie sufity ze sztukaterią, drewniane drzwi, ale i inne atrakcje - pokój przywoływał wspomnienia z Tbilisi, tylko uwagi miałam nieco inne. Pełne doświadczenie Hanoi od samego wejścia, bo wchodziło się wgłąb wąskim korytarzem i przez restaurację. Każdy pokój na osobnym półpiętrze. Po jednej stronie pokoje były mniejsze, ale z normalnymi balkonami, po drugiej naprawdę spore (pani dająca nam klucze dziwiła się, że każdy z nas wziął osobny), ale za to z balkonu widok na ścianę i zakratowane okno naprzeciwko, w odległości trochę większej niż szerokość klimatyzatora. Od góry prawdopodobnie było widać niebo, a kiedy wychyliłam się w dół, miałam podgląd na korytarz wejściowy. Ciężko było przewietrzyć - obawiałam się, że prędzej wejdzie karaluch niż świeże powietrze ;) Jako że klimat wilgotny, a zabudowa ciasna, to i o nieprzyjemny zapach i pleśń na ścianach nietrudno i to wspominam najgorzej. Pamiętam też ulgę, którą odczułam, kiedy sobie uświadomiłam, że ten niemiły zapach w łazience przypomina mi pewien pensjonat na Jurze i nie pochodzi od pleśni, a z kanalizacji ;) A potem dostałam kataru i zapachy przestały mi przeszkadzać :D Łazienka w stylu wietnamskim, ze słuchawką prysznicową wiszącą sobie luzem w jednym rogu, bez żadnej specjalnej kabiny czy zasłonek. Ludzie z obsługi oczywiście byli przemili, a na whatsappie zasypywano pytaniami, czy wszystko w porządku, okraszanymi licznymi emotkami. Skoro dopytywali, to w końcu napisałam, że ogólnie tak, tylko jest trochę pleśni, na co dostałam odpowiedź, że ktoś przyjdzie i posprząta - przy wierze, że pleśń da się tak po prostu posprzątać, nie wróżę sukcesów: ona tam zostanie, dopóki ten budynek będzie stał.
![]() |
| Pokój. Za plecami mam jeszcze trochę miejsca |
![]() |
| Widok z balkonu. Ale jest nawet roślinka! |
Ostatni wieczór upłynął mi pod znakiem braku prądu. Już rano musiałam ze dwa razy włączać bezpieczniki (o tym też napisałam na whatsappie, na co dostałam przeprosiny i wyrażenie nadziei, że nie napiszę złej recenzji), wieczorem wylatywały co chwilę. Przyszli ładni panowie z obsługi sprawdzić (i przy nich prąd trzymał się dłużej), ale co oni mogą zrobić... Odłączyliśmy wszystko, została najsłabsza żarówka, ale nie wystarczyło - nie dawała mi spokoju zagadka, co oni tam mają porobione z instalacją, że tak się dzieje, dopiero po powrocie doznałam oświecenia, że zdaje się zapomnieliśmy o lodówce. W każdym razie ja tu muszę się pakować i chciałabym cokolwiek widzieć, bateria w telefonie ledwo zipie, powerbank też wymaga doładowania, a prąd niepewny. Zasugerowali spanie u koleżanki, ale nie po to rezerwowaliśmy osobne pokoje, żeby spać razem, no i samo spanie czy nawet poranek bez prądu to akurat najmniejszy problem. Nie mieli lampki na baterie, która by mi bardzo pomogła, dali za to dostęp do kantorku, gdzie mogłam podładować elektronikę. Sprawdziłam, że funkcja latarki w zegarku też jest bardzo pomocna. Rano inny człowiek znowu przepraszał za niedogodności i znowu prosił, żeby nie pisać im negatywnej recenzji. Zachowywał się, jakby taka recenzja to był wielki dramat, więc oczywiście nie napisałam. Jeszcze wieczorem w ramach rekompensaty za niedogodności zwrócono mi koszt ostatniego noclegu, więc i bez tej prośby nie mogłabym zarzucić braku chęci złagodzenia problemu. Mówiąc wprost, kupili moje milczenie za błagalne spojrzenie i 750 000 dongów wietnamskich (ok. 100 zł). I tak to działa.
Z innych atrakcji, u moich towarzyszy pomieszkiwały białe jaszczurki. Koleżanka pierwszej nocy zabiła w łazience karalucha, a gdy przyszła po raz kolejny, już go nie było - współlokatorka, która jeszcze wtedy nie zdążyła się ujawnić, musiała się poczęstować ;)
W otoczeniu dzikich zwierząt
Na wyspie Phu Quoc wybraliśmy nocleg w bungalowach otoczonych lasem. Na zewnątrz domki były obrośnięte kwitnącymi roślinami, w środku wyposażenie skromne, ale wszystko, co potrzeba, obok basen, ogród, ogólnie bardzo ładnie. Prowadziło to młode małżeństwo, co nasuwało pytania "skąd mieli pieniążki", ale widać mieli ;) Obiekt był oddalony od miasta, głównej drogi i plaży, ale do dwóch ostatnich zapewniano transport meleksem, więc odległość nie była problemem, a na takim odludziu miała być cisza i spokój. Yhy... Nigdzie tak głośno nie było! Już wolałam odgłosy miasta i innych ludzi, przynajmniej wiedziałam, co słyszę. A tam: skrzypienie, szuranie, walenie w daszek, a w pewnym momencie, już po północy, COŚ krzyknęło mi do okna. Pierwszej nocy czułam się, jakbym była otoczona przez stado agresywnych małp i gdyby mi ktoś kazał wyjść na zewnątrz, chyba bym się nie odważyła. Rano ludzie z obsługi powiedzieli, że w tym lesie nie ma małp, są tylko wiewiórki. Nawet gdyby to były małpy, nie mogłam słyszeć skrzypienia balustrad na tarasie, bo były zbudowane zbyt solidnie. Z czasem doszliśmy do wniosku, że skrzypienie to musiały być oplatające domek gałązki, które ocierały się o daszek z pleksi umieszczony nad tarasem i łazienką, a winne reszty podejrzanych dźwięków okazały się wielkie cykady - gdybym nie zobaczyła nagrania, jak taka cykada krzyczy, to bym nie uwierzyła. To zapewne też one uderzały o daszek, lecąc do światła. Na ścianach gdznieniegdzie widać było inne dziwne istoty: wyglądały jak zgrubienia farby, ale dało się je zgnieść, a niektóre się poruszały. Do dziś nie wiem, co to za chodzące kokony, ale potem w Kambodży i w Ho Chi Minh też takie były.
![]() |
| Droga dojazdowa |
W Kambodży wieczorem na widok wyszło całe mnóstwo owadów i pomyślałam, że moje dotychczasowe doświadczenia miały mnie na to przygotować ;) W hotelu, oprócz dwóch miłych panów, przywitały nas żaby (albo ropuchy, nie odróżniam) - to mi akurat nie przeszkadza, tylko trzeba było uważać, żeby jakiejś nie rozdeptać i było trochę zabawne, że zawsze wydawały dźwięki, gdy mijało się konkretny punkt. Pokoje, do których wchodziło się bezpośrednio z ogrodu, miały pootwierane drzwi i nie wiem, czy nie również zapalone światło, co w nocy jest jak wysłanie zaproszenia, żeby wszystkie stworzenia się rozgościły. Wyszliśmy rozejrzeć się po okolicy i ostatecznie dotarliśmy do najbliższego sklepu, ale po drodze stwierdziłyśmy, że jak miniemy jeszcze jednego bezdomnego psa, to wracamy, bo nie czujemy się bezpiecznie. Innego wieczora w wąskiej uliczce stał sobie szczur - widok szczura to nic niezwykłego, ale tamten wydawał się wyjątkowo wyluzowany jak na ulicznego gryzonia, stał i się przyglądał ;) Kiedyś zauważyłam pełno czerwonych śladów nad kostką - upewniłam się, że nie wyglądają jak ugryzienia pluskiew, a ponieważ miałam gorączkę, sprawdziłam też, czy to nie jest przypadkiem objaw dengi, bo coś mi świta, że może być wysypka, ale z ulgą stwierdziłam, że to muszą być zwyczajne ślady po komarach. Dzisiaj już nie jestem tego pewna, ale nie mam zdjęcia, więc pozostaje mi gdybanie - w każdym razie niczego nie przywiozłam.
Ale hotel wyglądał zachęcająco, pokój był wygodny, a basen wśród zieleni doskonale nadawał się na relaks po zwiedzaniu. Jeszcze szukając, co zarezerwować, zauważyłam, że zdjęcia roślin w ofertach bardzo pozytywnie mnie nastrajają.
![]() |
| W nocy |
![]() |
| I za dnia |
![]() |
| Po wyjściu z pokoju |
![]() |
| Mieli też plumerie! |
Na powitanie udekorowano łóżko kwiatami - podobne zdjęcia widziałam w różnych ofertach. Urocze, ale potem trzeba te płatki jakoś sprzątnąć...
![]() |
| Łóżko na powitanie :) |
Cwaniaczki i groźna lodówka
W Ho Chi Minh rezerwacje robiliśmy tuż przed przyjazdem. Podejście numer jeden zakończyło się prośbą o anulowanie, gdy już czekaliśmy na samolot. Szybkie szukanie alternatywy i podejście numer dwa: nie hotel, a wynajem małego mieszkania. Już po wylądowaniu, w kolejce do kontroli granicznej, znowu prośba o anulowanie, i to nie u wszystkich, po czym kontakt się urwał. Pojechaliśmy na miejsce, na osiedle nowych wieżowców - bo jedna rezerwacja cały czas została bez anulowania. A tam na drzwiach wielka czerwona kartka o zakazie najmu krótkoterminowego, po wietnamsku i po angielsku, kontaktu z kimkolwiek brak, poirytowana pani na recepcji i ochrona, która wyprasza z budynku. Najchętniej bym wynajmujących podkablowała, tylko że raz - nie wiem komu, dwa - chyba i tak o tym wiadomo (potem znaleźliśmy recenzję, gdzie ktoś pisał o policji pukającej do drzwi...), ostatecznie napisałam swoje żale w wiadomości do bookingu i zostawiłam ocenę 1/10.
Potem postanowiliśmy już działać bez rezerwacji. Pierwsze miejsce: pani dzwoni do właściciela i podaje cenę wyższą niż na bookingu. Możemy zarezerwować przez booking, ale wtedy nie będziemy mogli wcześniej obejrzeć pokoi. Nie musimy oglądać, i tak weźmiemy, co jest. Znowu telefon do właściciela, po czym cena na bookingu również się zmienia. Cwaniaczek. A trzech wolnych pokoi tak naprawdę i tak nie ma, tylko jeden. Idziemy szukać dalej metodą mieszaną: internet, żeby sprawdzić, gdzie coś jest, i pytanie ludzi na żywo. W kilku miejscach pełno, ale w jednym akurat się wolne miejsca znalazły. Ludzie mili, nie kombinują, z przyjemnością skorzystamy z ich usług. Zaprowadzają do pokoi, chociaż by się obeszło - wiemy z góry, że musiałaby to być totalna nora, żebyśmy nie wzięli. Lokalizacja świetna, można dojść pieszo do centrum. Budynek wąski, schody strome, pokoje jeden nad drugim, ale dla odmiany nie ma wąskiego korytarza, tylko wąska, kręta uliczka. Z balkonu widać uliczkę i dom naprzeciwko, jest naturalne światło i dałoby się nawet przewietrzyć. Ciasno, ale na dwie noce można przeżyć. Problemem była tylko lodówka: z grubą warstwą lodu w środku, hałasująca, jakby miała odlecieć w kosmos i tak nagrzana, jakby miała się za chwilę zapalić. Aż by się chciało doradzić, żeby odmrozili te lodówki, choć przy takim przemiale gości pewnie nawet nie byłoby kiedy. Wyłączyć strach, bo ten cały lód się roztopi, chociaż tyle, że po zmniejszeniu mocy dało się spać bez nerwów i zatyczek do uszu. Ale przy wymienionych minusach i tak bardzo w porządku miejsce, a przede wszystkim całe szczęście, że mieli wolne pokoje i nie trzeba było szukać dalej.
![]() |
| Uliczka |
![]() |
Taką wystawkę zrobili na parterze |
Wyposażenie
Zaskoczyło mnie, że chyba we wszystkich hotelach w pokojach były dostępne klapki. Rozumiem i popieram, że należy zmieniać buty - nawet kiedy do pokoju wchodził na chwilę ktoś z obsługi, często zostawiał buty przed wejściem i ja się czułam jak nieokrzesany brudas, że wchodzę z zewnątrz w adidasach. W tym kambodżańskim widziałam, że grupka młodych Azjatek wszystkie wyjściowe buty pozostawiała na tarasie przed wejściem do swojego pokoju - tutaj bym się bała, że znajdę w tych butach lokatorów. Klapki były gumowe, łatwe do wyczyszczenia i dezynfekcji, ale i tak dzielenie kapci z innymi gośćmi to jednak za dużo. Jednorazowymi też bym pogardziła, bo po co produkować tyle śmieci, ale nie był to standard hoteli, w których spodziewałabym się jakichkolwiek...
Jeszcze dziwniejsze były klapki dostępne na stacjach postoju autobusów. Do środka autobusu z miejscami do spania nie wolno było wchodzić w butach, kierowca stał i pilnował, żeby je zdjąć i schować do worka, ale wychodząc po prostu zabierałam ten worek i zakładałam je na nowo, tymczasem wielu Azjatów korzystało z tych dostępnych klapek.
![]() |
| Schodek i pudło z klapkami |
![]() |
| A tutaj czekają na swój autobus |
W jednym hotelu był malutki basen na dachu, taki bardziej do pomoczenia się z widokiem na miasto. Żeby wejść na taras, trzeba było przejść przez pomieszczenie służące za składzik, gdzie można było znaleźć różne losowe rzeczy: zapasowe krzesła, starą pralkę, pojemniki po farbie czy popiersie Ho Chi Minha. Choć taka graciarnia to w zasadzie nic specjalnego, biorąc pod uwagę, że czasami idąc gdzieś do toalety miałam poczucie, że naruszam czyjąś prywatność - bo zastawałam szczoteczki do zębów, suszące się pranie, a zdarzało się, że trzeba było przejść labiryntem przez budynek i zastanawiłam się, kiedy wejdę komuś do pokoju.
















Czytam to i mam wrażenie, że Wietnam i okolice to taki trochę „escape room” w wersji noclegowej — tylko nikt nie wie, jakie będą zasady gry 😅 I najbardziej mnie uderza to, jak bardzo cena i oceny w ogóle nie mają tam przełożenia na rzeczywistość… serio, jak tu planować cokolwiek, skoro 8.5 może oznaczać zarówno raj, jak i pleśń + lodówkę-odrzutowiec? Z drugiej strony zastanawia mnie ten wątek hosteli i „integracji” — czy to naprawdę aż tak czarno-białe? Bo ja mam wrażenie, że czasem można trafić na fajny balans między ciszą a ludźmi, tylko trzeba mieć szczęście (albo cierpliwość większą niż do cykad o 2 w nocy 😄). A z tymi recenzjami i „prosimy nie pisać źle” to już w ogóle osobny temat… czy to jeszcze obsługa klienta, czy już delikatny szantaż emocjonalny?
OdpowiedzUsuńNo i serio: po takim opisie Phu Quoc z „wiewiórkami” i dźwiękami z kosmosu zaczynam się zastanawiać, czy tam cisza w ogóle istnieje, czy tylko różne poziomy hałasu, które trzeba nauczyć się akceptować
Z Twojego komentarza wyłania się dość negatywny obraz, więc zaznaczę, że nie chciałam odstraszać. Mimo pewnych uciążliwości to rejon godny odwiedzenia, tylko trzeba mieć na uwadze, że nie wszystko musi działać tak, jak się spodziewamy, a zwierzęta w tropikalnym lesie niestety nie przestrzegają ciszy nocnej :)
UsuńA jeśli chodzi o decyzje, trzeba się mocniej wczytać w treść recenzji, a kiedy się chce mieć niedrogi pokój w centrum stolicy, możliwe, że trzeba będzie iść na pewne kompromisy. Ostatecznie i tak się w tym hotelu głównie śpi.
Może i rejon wart odwiedzenia, ale że się tam nie wybieram, to chętnie czytam co i jak u Ciebie:) Noclegowe perypetie mieliście ciekawe.. Co do kapci to i ja bym nie chciała dzielić ich z innymi gośćmi.. A zapachy pleśni, czy kanalizacji można trafić wszędzie.. Nam się, w ostatnio odwiedzanych stolicach światowych, trafiły dość wilgotne klimaty. Także byłe noce przetrwać i wyjść na zwiedzanie, a potem wrócić do własnego mieszkanka:)
OdpowiedzUsuńO UK widziałam wypowiedzi, że z powodu wilgoci łatwo o pleśń w domach... Zapachy kanalizacji miałam na Jurze, a inwazję owadów w pokoju pod Monachium, więc nie trzeba szukać daleko :)
UsuńZauważyłam, że poza domem nawet tolerancję na owady mam większą, u siebie w mieszkaniu nadal panikuję np. na widok wtyka amerykańskiego :)
Tanie ceny. W Krakowie to masakra z hostelami teraz. Ceny wysokie a warunki najwyżej normalne.
OdpowiedzUsuńTo prawda, kiedy potem szuka się noclegu w Polsce czy w Europie, wszystko wydaje się drogie, pierwszy lepszy ciasny pokój swoje kosztuje.
UsuńBardzo ciekawe wspomnienia przywołałaś, momentami śmieszno, innym razem straszno.
OdpowiedzUsuńEkstremalne przeżycia, robali i brudu nie znoszę!
My kiedyś nocowaliśmy w dużej przyczepie campingowej, nawet fajna była, ale stała pod drzewami i ciągle cos mnie budziło, a to spadające szyszki, a to wiewiórki...
Ceny to tez czasem z kosmosu.
Dla mnie to zawsze podstawowe wymaganie: czysto i bez robaczków, bo jestem panikarą. Aczkolwiek liczę się z tym, że w niektórych miejscach jakieś mogą się kręcić w okolicy i czasami wejść do środka.
UsuńLicząc na ciszę w otoczeniu przyrody można się zawieść, nocą też toczy się bujne życie :)
Widok z balkonu hmm, zaskakujący! Ja tak się brzydzę brudu i robactwa, no nie, Azja nie dla mnie :(
OdpowiedzUsuńNic tylko stać i podziwiać :D Kolega wybrał mniejszy pokój, był po przeciwnej stronie i już miał normalniejszy.
UsuńZawsze można wyżej postawić poprzeczkę hotelom. Na temat Kambodży koleżanka się nasłuchała od znajomych, że oni np. nie mieli w ogóle ciepłej wody i że lepiej brać pod uwagę tylko hotele, a nie żadne homestaye, i najlepiej wyżej oceniane. Ale na ulicy czystość też na innym poziomie niż jesteśmy przyzwyczajeni, a owady mają się za dobrze...
Ja się robactwa brzydzę i panikuję, kiedyś nie umiałam wejść do domku, bo cykada siedziała przy drzwiach, a jednocześnie marzy mi się Amazonia, nie wiem, jak to pogodzić :D
Z ciekawostek dodam, ze niektórych zamkach w Japonii chodzisz na bosaka.
OdpowiedzUsuńO, to jest jednak zaskoczenie. Rozumiem w domu, w świątyni, nawet w prywatnych sklepach, o zamku jeszcze nie słyszałam :)
Usuń