Tegoroczne lato testuje moją cierpliwość. Najpierw co wyjście z domu byłam rozczarowana, bo wydawało się ciepło, a zawsze czułam nieprzyjemnie chłodny powiew wiatru. Pod wieczór, a czasami i w ciągu dnia, musiałam zakładać bluzę, a podczas spaceru pilnować, żeby ruszać palcami u dłoni, bo inaczej było mi w nie zimno i robiły się lekko sine, z nosa też kapało. Potem był kawałek takiego lata, jak lubię, czyli mogłam poczuć słońce na skórze i powygrzewać się, ale nie trzeba było szukać trików na upały. Ale byłoby za dobrze, więc przyszła fala upałów, z której to okazji sprawiłam sobie nawet wiatrak, taki stojący kolumnowy. Pomyślałam, że skoro wiatrak dawał ulgę w nagrzanej fabryce w Tajlandii (przez jakiś czas klimatyzacja była tam wyłączona z powodu serwisu), to i w mieszkanku na Śląsku się sprawdzi - i faktycznie, nie ma oczywiście cudów, ale pomaga. Wcześniej używałam wachlarza, ale prz wachlarzu jedna ręka jest stale zajęta ;) Przy odpowiednim traktowaniu mieszkania, czyli konkretym wietrzeniu w nocy i zamykaniu i zasłanianiu okien, gdy robi się cieplej, da się żyć.
Po upałach przyszedł z kolei czas na tropikalny deszcz. Pamiętam, jak kiedyś czytałam wyjaśnienie, że dla Europejczyka może być trudne wyobrażenie sobie niektórych scen przyrodniczych np. z twórczości Marqueza, bo w takiej Kolumbii potrafi lać się z nieba strumieniami - otóż to już nieaktualne.
Gorzej było z tym życiem nieco wcześniej, bo w okolicy znowu wybuchł pożar składowiska odpadów. Taka tradycja, regularnie coś musi nas podtruwać - i niech mi ktoś wmawia, że każdy ma sam wpływ na swój stan zdrowia... W związku z pożarem okna trzeba było mieć zamknięte, szczególnie pierwszej nocy, kiedy siwy, śmierdzący dym wszystko zasnuł, więc mocno zaburzyło to moją domową gospodarkę cieplną, a nienawiść do odpowiedzialnych za te przypadki wybiła ponad skalę. W sprawie jednego z takich składowisk, które płonęło jakieś dwa lata temu, prokuratura przez lata prowadziła dochodzenie, chyba nawet ktoś mało istotny trafił za kraty, ale co z tego, skoro odpady zalegały i czekały na tajemniczy samozapłon.
Żeby nie ograniczać się do narzekania, wrócę wspomnieniami do majowego wyjazdu w góry. Lubię się gdzieś wybrać po majówce. Starałam się do połowy miesiąca, bo potem ludowe mądrości mówią o zimnych ogrodnikach i zimnej Zośce, i całkiem dobrze trafiłam, pogoda nie przeszkodziła w realizacji planów, a deszcz padał wieczorami albo ostatniego dnia, gdy już nic specjalnego w planach nie było. W hotelu - czy może raczej pensjonacie - był też basen: nieduży, ale dało się popływać. W tym roku chciałam nadrobić Karkonosze. Byłam ze dwa razy w Górach Stołowych, raz w Międzygórzu (już sporo lat temu pierwszego dnia wiosny wchodziłam na Śnieżnik brodząc po kolana w śniegu), ale aż dziwne, że chyba nigdy w Karpaczu ani w Szklarskiej. Takie popularne miejscowości miewają swoje wady, ale mają i zalety, jak łatwy dojazd bez konieczności korzystania z samochodu czy wybór miejsc noclegowych. Padło na Szklarską, Karpacz (i Śnieżka! moja koleżanka nie była nigdy fanką gór, ale myśl o Śnieżce już zaakceptowała i wydaje się chętna) może za rok. Szklarska wypadła całkiem nieźle, tym bardziej, że nie było jeszcze dużo ludzi. Wśród turystów oprócz Polaków było słychać sporo Niemców i trochę Czechów. Minęłyśmy wycieczki szkolne, ale szczęśliwie tylko minęłyśmy ;) Atrakcje typowe: wodospady, punkt widokowy, kamień zwany Chybotkiem (którego nie udało mi się rozchybotać, co to za oszustwo, naciąganie na zrobienie dodatkowych kroków). Dwójka nieco starszych ludzi kłóciła się, którędy powinni iść, i najwyraźniej wyglądałam na tyle profesjonalnie, że zapytali mnie o radę - a potem zastanawiałyśmy się, jakie były ich dalsze losy i jak długo błąkali się gdzieś po lesie, bo niby poszli tak, jak im pokazałam, ale nie do końca. Według mapy powinni byli zboczyć, a widziałam, że tego nie zrobili. Z oddali było słychać ciąg dalszy kłótni. Chociaż tyle, że mieli dobrą kondycję, to pewnie jakoś przeżyli wyprawę.



W jedną stronę jechałyśmy pociagiem. Połączenie wydawało się obiecujące, ale pierwszy pociąg, do Wrocławia, miał opóźnienie, pociąg Kolei Dolnośląskich do Szklarskiej uciekł, a następny był dopiero za dwie godziny - szczerze mówiąc nie sądziłam, że one jeżdżą tak rzadko. A w środku wielki tłok. Dopóki się trochę nie poluzowało, trzeba było stać z walizkami blisko wejścia, bo ciężko się przecisnąć głębiej. A na ostatni odcinek konieczna była przesiadka do autobusu zastępczego - na szczęście jeden z nich jechał bezpośrednio, bez przystanków po drodze, więc w miarę szybko, ale i tak zrobiło mi się niedobrze. Kiedy w pociagu zrobiło się miejsce, postanowiłam samodzielnie położyć walizkę na górną półkę i musiałam ją sobie w połowie drogi oprzeć na głowie jak afrykańska kobieta, ale udało się. Trzeba było być gotowym na wszelkie warunki pogodowe, więc trochę napakowałam. Tylko coś jednak zrobiłam źle przy obsłudze tego mojego bagażu, bo nadgarstek pobolewał jeszcze przez kilka tygodni - nie ma to dorobić się kontuzji nadgarstka po wyjeździe w góry... ;)
Na powrót wybrałyśmy autobus, na który wyszłyśmy sporo za wcześnie i kiedy czekałyśmy na przystanku, podeszła kobieta i pytała, czy nie wiemy, kiedy jedzie coś do Jeleniej. Nasz flixbus jechał przez Jelenią, ale miał być dopiero za godzinę, zresztą tam się biletu u kierowcy nie kupi. Inny autobus, który znalazła, też jechał dość późno. Pani zwykle jeździła autem z mężem, teraz dopiero musiała iść na autobus i nie mogła uwierzyć, cytując, w jakiej to ona dziurze mieszka, i kilka razy powtórzyła, że za PRL-u autobusy jeździły... No niestety, w wielu miejscowościach na komunikację publiczną liczyć nie można.
 |
| Po wyjściu z dworca wita nas taki widok |
.jpg) |
| Szkoda, że każde okno z innej parafii, ale budynek bardzo ciekawy |
Musiałam koniecznie zaliczyć Śnieżne Kotły. Śniegu nie było wiele, ale coś tam jeszcze zostało. Wiało niemiłosiernie, jakby chciało głowę urwać. Wcześniej też ciepło nie było, ale wiatr aż tak nie huczał. Ale zadowolona jestem, surowe strome skały, pod którymi widać małe jeziorka i dalej już równiejszy trawiasty teren, robią wrażenie. W drodze tam trzeba było najpierw mocno podejść pod górkę, żeby dostać się pod Szrenicę, ale potem już szło się praktycznie po płaskim, bardzo przyjemnie i z ładnym widokiem. Z powrotem miało być łagodniej, ale wyszło, że trzeba było dość stromo schodzić, uważając na korzenie lub kamienie - a pisali i tak też przekonywałam, że to będzie taka łatwa trasa dla rodzin z dziećmi :) Większość mijanych ludzi szła w przeciwnym kierunku i zazwyczaj na trasie było pusto, za to pod koniec - nie tak bardzo pod koniec, jak byśmy chciały - tuż przy szlaku spotkałyśmy dzika. Stał i gryzł gałązki. Koleżanka go zauważyła i co prawda reakcja obojga była prawidłowa, bo spojrzeli na siebie, przeanalizowali sytuację i postanowili się wzajemnie zignorować, ale ona się mocno zestresowała (dzik chyba mniej ;)). Mnie nic nie mówiła, więc szłam sobie w nieświadomości, szczęśliwa i wyluzowana, endorfiny szaleją, ptaszki śpiewają, drzewa rosną... Pokazała mi go dopiero, gdy już go minęłyśmy i wtedy zrozumiałam, czemu tak przyspieszyła kroku, i regularnie sprawdzałam, ile jeszcze do wyjścia z tego lasu :)
 |
| Okolice schroniska pod Szrenicą |
 |
| Trzy Świnki |
 |
| Widok w dół jednego kotła |
 |
| Leży śnieg! |
 |
| Tutaj przyjemny spacerek :) |
Ja upałami jestem przezachwycona i żałuję, że od dzisiaj chłodniej a nawet popaduje deszcz. Radziłam sobie świetnie wszędzie poza niemieckim sbahnem bo tu klimatyzacji nie uświadczysz, aczkolwiek niby jest ale co z tego skoro albo wyłączona, albo nie działa. Życie ratował mi hiszpański wachlarz bo w tych pociągach było chyba ze sto stopni. Ale i tak ja i mój wachlarz czekamy na kolejną falę niespotykanego ciepła!
OdpowiedzUsuńPo majówce na górskich szlakach takie pustki czy tak umiejętnie kadrowałaś?😀 Piękne widoki.
Dla mnie to już za dużo tego, chciałabym mieć w mieszkaniu do 25 stopni i już bym nie narzekała ;) Wachlarza też używam :) Ostatnio w pracy nie było prądu i nie dało się włączyć wiatraka (klimy nie ma), to cieszyłam się, że go wzięłam.
UsuńNa szlakach były pustki, na wielu odcinkach rzadko kogoś mijałyśmy. W bardziej popularnych miejscach było więcej ludzi, ale też nie były to tłumy.
Czytając to mam wrażenie, że te wyjazdy w góry to trochę loteria – raz bajka i widoki jak z pocztówki, a raz walka z pociągami, tłokiem i własnym nadgarstkiem po boju z walizką 🙈. Ten dzik na szlaku mnie najbardziej rozbawił i jednocześnie zestresował, bo niby „ignorujemy się wzajemnie”, ale jednak adrenalina pewnie skoczyła konkretnie. Zastanawiam się tylko, czy my trochę nie idealizujemy tych „łatwych tras rodzinnych”, skoro potem wychodzą takie historie ze stromiznami, korzeniami i niespodziankami po drodze? Sama Szklarska i okolice brzmią super, ale ta cała logistyka podróży to już osobny survival.
OdpowiedzUsuńJa z kolei obserwuję nowy format komentarzy: wyłuskanie czegoś pozytywnego, ale i czegoś negatywnego, choćby to był jakiś nieistotny szczegół. Korzenie na górskim szlaku to rzeczywiście szokujące zjawisko, a z logistyka faktycznie, wyobraź sobie, że trzeba sie było przesiadać!
UsuńNie, no blogger już chyba nic nie aktualizuje, na moim blogu fotograficznym 4 dni obsuwy.
OdpowiedzUsuńFajny pomysł z Karkonoszami, choć mój syn kiedyś wybrał się w majówkę i musieli kupić czapki, bo zimno było i ze Śnieżki ciężkie zejście.
My w tym czasie, czyli po majówce byliśmy w Górach Świętokrzyskich, ale pogoda całkiem całkiem.
Nie wyobrażam sobie szlaków w te upały, a jeszcze wilgoć itd. Nie nadaję się w tropiki.
Śnieg w górach trafialiśmy i w lipcu czasami.
Dziki kiedyś słyszeliśmy, ale spotkać tak naocznie nie chciałabym...
U mnie tak samo, nie widzę nowości na liście... Trzeba wchodzić i sprawdzać.
UsuńW jedną majówkę w Beskidach mocno zmarzłam! A teraz bez czapki się obeszło, ale bez opaski na głowie już bym nie dała rady, na Śnieżnych Kotłach musiałam też założyć kaptur i żałowałam, że nie mam rękawiczek. Za to dzień wcześniej nosiłam czapkę, ale z daszkiem od słońca :)
Jak tak myślę, to przeżyłam i wyższe temperatury i nawet sporo chodziłam po dworze, ale zawsze z wizją powrotu do klimatyzowanego pokoju...
Ależ piękne te Twoje wędrówki. I ja chodziłam kiedyś po Karkonoszach ale najpiękniejsza była dla mnie Samotnia i widok z niej na Staw.
OdpowiedzUsuńPiękne mam wspomnienia z tamtych czasów
Zapamiętam sobie, żeby Samotni nie pominąć :)
UsuńO, Karkonosze! Miejsce akcji czytywanej przeze mnie ostatnio serii Gortycha.
OdpowiedzUsuńExtra wypad! I już tyle nie narzekaj 😉
Bardzo fajna okolica :)
UsuńA narzekać już nie muszę, temepratura w mieszkaniu spadła :) Chociaż teraz dla odmiany mogę, że za mało letnio :P
Pogoda w tym roku to jedno wielkie nieporozumienie.
OdpowiedzUsuńDokładnie.
UsuńJa generalnie z wysokimi temperaturami daję sobie radę, ale musze przyznać , że w niedzielę (28.06)odczuwalnie już było nieco gorzej- filtr 50 bo inaczej to słońce jednak paliło skórę ... Super, że wyjazd w góry był udany- mam sentyment do Szklarskiej Poręby jak i Karpacza - kojarzą mi się z dzieciństwem i wspólnymi rodzinnymi wyjazdami z moimi rodzicami. Cieplutko pozdrawiam
OdpowiedzUsuńMnie nawet nie przeszkadza upał na dworze, bardziej nagrzane mieszkanie.
UsuńKarpacz jeszcze przede mną, ale też kiedyś nadrobię. Ładna okolica, góry to ja zawsze docenię :)