Madryckie różności
Tuż przed wylotem na lotnisku powitała mnie taka oto reklama - zachęcający początek wycieczki :)
Jak na stolicę przystało, trafiłam na manifestację. Nawet dwa razy, w dwa różne dni i w różnych miejscach, ale dotyczącą tego samego - nie orientuję się, ale coś w związku z edukacją wczesnoszkolną i przedszkolną (mijane przedszkole też było obwieszone plakatami), i wnioskując po hasłach, skierowane do władz wspólnoty autonomicznej. Głośno, ale grzecznie, niektórzy ludzie z dziećmi.
Oprócz tego w niedzielę trafiłam na grupkę ludzi, którzy wymieniali nazwiska i wołali "Niech żyje!" - ciekawiło mnie, o co chodzi, ale nie chciałam być zbyt wścibska. Kiedy przechodziłam bliżej, zauważyłam flagi II Republiki.
Trafiłam też na awanturę. Taksówkarz stał na wąskiej ulicy, a za nim motocyklista się wściekał, że mu blokuje drogę. Krzyczeli i machali rękami. W końcu motocyklista dał się przekonać, że może ominąć samochód bokiem, ale jeszcze odjeżdżając przezywał na kierowcę.
Musiałam odwiedzić stoiska, gdzie sprzedawane są różne książki, nowe i używane. Wśród używanych nie znalazłam nic, co chciałabym kupić. Za to, jako że w takich miejscach zawsze muszą się trafić jakieś osobliwości, znalazłam hiszpańskie tłumaczenie książki pewnego owianego złą sławą akwarelisty z charakterystycznym wąsem - nie wiem, czy mogę wrzucić zdjęcie, żeby mnie blogger nie zablokował. Za 15 euro. Gdybym chciała dzieła zebrane Lenina, też były. Pomyślałam, że jak znajdę myśli Mao, to chyba kupię (żartuję (nie, nie żartuję ;))), ale nie znalazłam.
![]() |
| Teraz jak na to patrzę, to Carta al coronel mnie intryguje... |
Zainteresowały mnie za to powieści Almudeny Grandes - bo raz, że jej imieniem nazwano dworzec i dzięki temu się z nim osłuchałam; dwa, widziałam ekranizację jednej (Pacjenci doktora Garcii) i byłam całkiem zadowolona; a trzy, bo jakaś kobieta komuś pokazywała na inną, że o, to jej się podobało - najlepszy marketing. Mam swoje egzemplarze, ale czekają w kolejce.
Na Rastro również były stoiska książkowe, a oprócz książek można było znaleźć stare płyty, komiksy, gazety i inne różności. Jedno stoisko wywiesiło gazety, gdzie niektóre nagłówki oznajmiały, że a to umarł Franco, a to "król wszystkich Hiszpanów" coś tam, a to była próba zamachu stanu, a to jeszcze coś innego.
Dzięki czemu można było usłyszeć dialog:
- Patrz, Franco umarł.
- Zajebiście.
Było też stoisko dla narodowców. I szaliki z pięknymi hasłami o nienawiści - to one mnie tam przyciągnęły.
![]() |
| "Wieczna nienawiść", "Nienawidzimy wszystkich" - hasła w sam raz dla kibiców |
Rozmowa w restauracji. Wzięłam zestaw dnia. Facet pyta, co do picia.
- A co jest?
- Co chcesz.
[Myślę] - Lemoniada?
- Jest Fanta Limón.
- Yyyy to niech będzie piwo. [Pierwsze, co przyszło mi do głowy.]
Pewnie zadałam głupie pytanie turystki,a przecież to oczywiste, co jest ;)
Jako Polka nie umiem się przyzwyczaić, że Hiszpanie tak często mówią na "ty". Niby wiem, że tak jest, ale podświadomie to sobie interpretuję. Na przykład przysłuchuję się rozmowom z klientami i przychodzi mi na myśl "ciekawe, oni tu się wszyscy znają" :D A gdy ktoś tak mówi do mnie, czuję się młodziej :P A sama do młodej osoby na "ty" umiem, ale czasami starałam się po prostu niewyraźnie wymawiać końcówki i unikać form, gdzie byłoby zbyt oczywiste, jak się zwróciłam :)
Swoją drogą kiedyś się dowiedziałam, że w niektórych językach (chyba w koreańskim? w wietnamskim o ile wiem też) zwracając się do innej osoby należy uwzględniać, czy jest od nas młodsza, czy starsza - dramat, albo ktoś się obrazi za brak szacunku, albo za uważanie go za starego ;)
Fajna też była rozmowa z kelnerką, która nie czuła się dobrze w angielskim, ale umyśliła sobie, że do mnie tak należy. I kiedy mi tłumaczyła, że nie ma tego, co chciałam, tylko kotlet, dopytywała koleżanek, jak to jest po angiesku - zrozumiałam tylko dlatego, że słyszałam, o co pyta, po angielsku jakoś nigdy mi to słowo nie było potrzebne...
Dokonałam też ciekawej obserwacji, że rzadziej byłam brana z miejsca za przyjezdną, gdy miałam rozpuszczone włosy. A może mi się wydawało i to moja pewność siebie i poczucie wtopienia w otoczenie się zmieniały.
A oto jak zabezpieczono śmietnik przed kradzieżą: trzeba napisać "NIE KRAŚĆ".
Chiny wytrwale budują soft power. Tu informacja o wystawie chińskich samochodów.
Swoją drogą ja się często czuję jak cel chińskiej propagandy, na przykład instagram pokazuje mi przewodniczącego Xi lepiącego pierogi czy informuje, jak została potraktowana jego rodzina przez rewolucję kulturalną. Nie wspominając o atrakcjach turystycznych.
Była też taka słodka kawiarnia, ale dopiero co zjadłam śniadanie i wypiłam kawę obok - swoją drogą u Azjatów, ale mieli zwykłe tosty z pomidorem i ewentualnie szynką, jak należy ;)
W parku Retiro w jednym z jeziorek żyło całkiem sporo zwierzaków: kaczki, czarne łabędzie, ale i żółwie. Dużo żółwi. Miały drabinki do wychodzenia i co jakiś czas któryś bardzo powoli - jak to żółw - gramolił się na brzeg, a były przy tym tak słodko niezdarne, że nie mogłam się napatrzeć. Ze współpracą u nich słabo: jedne żółwie spadając do wody pociągały za sobą inne, a któryś stanął sobie na dole drabinki na środku i inny musiał się przeciskać bokami (oczywiście bez sukcesu), przecież ten blokujący się nie przesunie.
![]() |
| A, usiądę sobie na środku drabinki. Że ktoś inny będzie chciał wchodzić? Co? |
![]() |
| A te żółwie najwyraźniej nie lubią tłoku |
![]() |
| Rodzinka |
Zaskoczył mnie dworzec kolejowy, gdzie w celu przejścia do poczekalni, z której wchodziło się na konkretne perony (w zależności od przewoźnika albo od tego, czy pociąg na dłuższe, czy krótsze dystanse) trzeba było pokazać bilet (określony czas przed odjazdem, nie wcześniej) i zeskanować plecak, torebkę czy kto co ma ze sobą. Wiedziałam, że w Chinach tak wygląda [znowu te Chiny]. Na mniejszej stacji bagaże skanowano już na peronie. Na pewno zależy od rodzaju pociągu, bo w podmiejskich Cercanías nic takiego nie było, i może również miejsca - z Katalonii też nic takiego nie pamiętam, ale tam też chyba poruszałam się podmiejskim.
Uświadomiłam sobie, że zapomniałam wstawić zdjęcia ściany porośniętej roślinami. Bardzo ciekawy efekt, choć nie jestem przekonana do ekologii: z jednej strony to rośliny, ale z drugiej sztucznie nasadzone i wymagające utrzymania... Ale ładne, rośliny zawsze są ładne.















Bardzo ciekawy zestaw wybrałaś, lubię takie ciekawostki, zwłaszcza z życia codziennego zwiedzanych miejscowości, w różnych zakamarkach rozmaite detale!
OdpowiedzUsuńCzarnego łabędzia nigdy nie widziałam na żywo.
U nas widuję śmietniki powiązane łańcuchami.
Chińskich aut jeździ po naszych drogach już tyle, że codziennie widuję po kilka.
Zielona ściana super, ale jak to podlewają? może system nawadniania jest?
Również bardzo lubię takie detale. Nie zawsze się trafi, ale chętnie przyjmuję.
UsuńJa w Polsce chińskich samochodów na drogach widuję mało, prawie w ogóle, ale nie da się ukryć, że ceny są konkurencyjne. W Tajlandii z kolei było ich sporo. Ja obecnie mam toyotę i kolejne też bym chętnie wybrała azjatyckie, ale póki co raczej z Japonii lub Korei.
Na tej roślinnej ścianie z bliska widziałam kropelki wody.
To pokazywanie biletu przed wejściem na peron w Madrycie też mnie zaskoczyło, tak jak fakt że wpuszczano na peron dopiero jak pociąg był już podstawiony. Samo kontrolowanie bagażu nie bo często mi się to zdarza w miejscach, gdzie się tego nie spodziewam ale takie mamy czasy. Przy Placu Cibeles stoi piękny budynek poczty i tam też skanują wszystko co się ze sobą przynosi. Jak poszłam kogoś odebrać na dworzec to też czekałam w takiej poczekalni zamiast zwyczajnie czekać na peronie.
OdpowiedzUsuńW Parku Retiro miłym zaskoczeniem były dla mnie żółwie i ilość ryb w stawie.
Hiszpanie generalnie kiepsko mówią po angielsku ale jak widzą mnie, niebieskooką blondynkę, to rzadko kiedy spodziewają się że mówię po hiszpańsku. I zawsze coś tam próbują po angielsku, na co ja odpowiadam po hiszpańsku żeby ich nie stresować i ułatwić konwersację, a oni dalej do mnie po angielsku do czasu aż nie załapią że mówię do nich w ich ojczystym języku, który jak by nie było znają perfekt. Zdarzyło mi się też być świadkiem przepychanki kto ma do mnie podejść i w końcu kelnerki zawołały jedną z nich bo najlepiej mówi po angielsku po czym do mnie podeszła a ja zaczęłam składać zamówienie po hiszpańsku.
Skanowanie bagażu zdziwiło mnie mniej. Pamiętam, że w muzeach też go sprawdzano, a do Królowej Zofii nie można było wnieść wody, musiałam zostawić wszystko w szafce.
UsuńO żółwiach nie wiedziałam i miałam miłą niespodziankę :)
Mnie zawsze peszy takie odpowiadanie po angielsku, kiedy ja mówię po hiszpańsku (wiedzą, co odpowiedzieć, to znaczy, że mnie rozumieją) i pewnie skończyłoby się tak, że oni by się męczyli (tak, jak tamta kelnerka), a i ja byłabym nieusatysfakcjonowana...
Dziękuję za kolejną wspólną wycieczkę! Kiedyś Hiszpania bardzo mnie kusiła, teraz nieco mniej ( bardziej kusi Portugalia), ale jak na osobę, która panicznie boi się latać samolotem, czekam na emeryturę, wtedy będzie kamperem jeździć po Europie!
OdpowiedzUsuńWycieczka samochodem też jest możliwa, z noclegami po drodze. Taki eurotrip. Tylko więcej czasu na to potrzeba, faktycznie na emeryturze idealnie :)
UsuńTa kawiarenka jest przeurocza.
OdpowiedzUsuńSłodka :)
UsuńIle ciekawostek! Extra!
OdpowiedzUsuń