Pierwsze były ulepy: słodkie cappuccino w proszku. Ostatni raz piłam coś takiego prawie 10 lat temu, w rumuńskich górach, było oczywiście okropne i byłam w szoku, że po zamówieniu cappuccino można dostać to coś z proszku. Ale w czasach nastoletnich mi smakowało. Potem standardowo rozpuszczalna z mlekiem. Nie pamiętam, czy kiedykowiek słodziłam kawę. Pamiętam, że słodzić herbatę przestałam w wieku może 10 czy 11 lat, gdy pojechaliśmy z tatą na wakacje, skończył nam się cukier i uznaliśmy, że nie będziemy na samą końcówkę kupować - od tej pory posłodzona stała się niepijalna. Możliwe więc, że kawy nie słodziłam nigdy, ale pewna nie jestem. Pamiętam za to, że chętnie kupowaliśmy sobie kawę w szkolnym bufecie w liceum. Z czasem rozpuszczalną zastąpiła zwykła ziarnista i stopniowo z mleka też zrezygnowałam, od lat rzadko się zdarza, żebym chciała mleka dodać, nawet jeśli mogę mieć ładnie spienione z ekspresu.
 |
| To miało być cappuccino... |
Metod parzenia używałam różnych. W pewnym momencie w domu pojawił się ekspres, ale przelewowy i kawa była taka sobie, później już ciśnieniowy. Obecnie byłabym przychylniej nastawiona do przelewowego, ale to nie powinien być pierwszy lepszy i ziarna też powinna być odpowiednie. W międzyczasie z włoskiej delegacji przywiozłam sobie kawiarkę, stalową Bialetti. Była za duża jak na moje potrzeby, przez co nie robiłam kawy zgodnie ze sztuką, bo ziarna nie wypełniały całego pojemnika. Kawiarkę w odpowiednim rozmiarze zażyczyłam sobie kiedyś w ramach prezentu świątecznego i jest w stałym użytku. Robię to bardziej starannie: na spód nalewam gorącej wody, żeby za długo nie podgrzewać i pilnuję procesu zaparzania. Mam w domu mały ciśnieniowy ekspres, ale jest słaby, więc nie używam, a z kawiarki jestem na tyle zadowolona, że w zaopatrzeniu się w lepszy widzę raczej kłopot niż korzyści. Z wyznawczyni espresso, którą kiedyś byłam, przeszłam do kaw w większych porcjach, więc kawiarkową uzupełniam wodą. Najbardziej obecnie lubię dripa, kawę przelewaną przez filtr - wymaga bardziej starannego doboru ziaren i odrobiny uwagi przy zaparzaniu, ale daje ciekawsze efekty, więcej z kawy wydobywa. Zostawiam sobie to na weekendy. Testowałam też aeropress, ale głównie na wyjazdach, więc nie sprawdziłam pełnych możliwości, za to wiem, że również mi smakuje. W upalne dni lubię zalać kawą kostki lodu. Próbowałam też cold brew i efekt był zadowalający. Z ciekawości zdarzyło mi się testować mieszanki z innymi napojami - jeszcze muszę spróbować espresso tonic - ale fanką nie zostałam.
 |
| Kawusia z sokiem - ciekawe, ale nie ma to jak klasyka |
Nie ukrywam, że ulegam wpływom i modom. Kult espresso zaszczepiła we mnie praca dla włoskiej firmy. Wiem, że kiedyś w ich polskim biurze nie było ekspresu, co uważam za skandal - gdyby to było we Włoszech, mieliby strajki. W końcu ekspres się pojawił, kolbowy DeLonghi,
pod którym nie mieściły się większe filiżanki, bo przecież to ma być
małe. Do spieniania mleka była osobna dysza, więc dzielnie to spienianie
ćwiczyliśmy. We włoskim biurze mieli co prawda automaty, gdzie trzeba było zapłacić, ale kawa z nich była dobra i w niewygórowanej cenie, więc można było przeżyć. Espresso to było naprawdę espresso - mocne i malutkie. No i pobyt we Włoszech oznaczał możliwości wypicia szybkiej niedrogiej kawy na mieście - dla Włocha to jedno z podstawowych praw człowieka.

Kiedy gdzieś jadę, chętnie testuję tamtejsze sposoby. Po wycieczce do Gruzji zachciało mi się robić kawę po turecku, gotowaną w tygielku. Tam na miejscu piłam czasami taką i była to ciekawa odmiana. W jednym domu mieli nawet elektryczne urządzenie, ale gospodyni stwierdziła, że ona tego nie używa, bo z tego jej nie wychodzi. Jakiś czas po powrocie sprawiłam sobie tygielek (trochę za duży, bo innego nie znalazłam) i testowałam. Wszystkim gruzińskim gospodarzom to wychodziło, każdemu Turkowi na filmach instruktażowych wychodziło, mnie nie za bardzo, efekt zupełnie niewarty tej całej zabawy. Dzisiaj tygielek służy mi nadal, ale zmienił przeznaczenie.
 |
| W gruzińskim domu. Przepraszam za zdjęcie z umazaną filiżanką, ale innego nie mam :P |
 |
| A tutaj w Grecji - wtedy jeszcze mnie nie zainspirowała |
Po wycieczce do Wietnamu postanowiłam kupić sobie tamtejsze urządzenie zwane phin. Urządzenie kupiłam już w Polsce, przez internet, stamtąd przywiozłam sobie tylko ziarna - mocno wypalone, z czekoladowym aromatem (nie jestem pewna, czy nie aromatyzowane). Efekt jest ciekawy, ale w czystej postaci bez dodatków bardziej odpowiada mi zaparzenie jasno palonych ziaren, których używam do dripa, niż tych wietnamskich. Podstawowa wada: nie wiem, czy coś robię źle, ale fusy wypływają mi na górę, ad element, który powinien je dociskać, i potem ciężko się je wyrzuca. Ostatecznie wietnamskie ziarna zostawiłam sobie do testów niektórych typowo wietnamskich wariacji, a mają tam fantazję - i to w tej fantazji leży największy potencjał. Na razie testowałam połączenie z jogurtem i wyszedł mi z tego bardziej jogurt o smaku kawowym, ale zrobiłam to byle jak. Standardem jest dodatek mleka skondensowanego - tam zwykle dają słodzone - ja spróbuję ze zwykłym, do tego kupiłam w wersji light, więc wierne odzwierciedlenie to nie będzie. Poza tym robi się na przykład kawę z dodatkiem soli (nie jest słona, sól ma tylko podbić smak), z kokosem czy z jajkiem - dodatek jajka brzmi dziwnie, ale to całkiem dobre, choć bardziej jak deser, kawa i kogel-mogel na wierzchu. (Po wpisaniu "kawa z jajkiem" w wyszukiwarce, znalazło mi "kawę po szwedzku", ale za takie wariacje to jednak podziękuję, brzmi jak trolling.)
 |
| Phin |
 |
| Kawa z jajkiem z widokiem |
 |
| Kawa z jajkiem bez widoku |
 |
| Zwykła czarna z lodem |
Najlepsze kawowe wspomnienia to zdecydowanie Kolumbia. Często pije się tam kawę byle jaką, a najlepsze ziarna idą na eksport, ale jak najbardziej na miejscu można kupić coś ciekawego i doskonale wspominam ziarna, które sobie stamtąd przywiozłam. To z ich powodu sprawiłam sobie dripper, żeby móc je przygotować tak, jak oni to najczęściej robili i nie spłaszczać nut smakowych - tylko tam często używano filtrów materiałowych wielokrotnego użytku, ja się tak nie bawię, idę w zwykłe papierowe. Moim ideałem jest kawa, którą pamiętam ze zwiedzanej plantacji, delikatna i lekko owocowa, i ziarna, które u nich kupiłam. Można było wybierać wśród poddanych obróbce różnymi metodami, o których też nam opowiedziano. Efekt sentymentu również tu pewnie działa ;) Coś podobnego dano mi kiedyś do spróbowania w palarni u mnie w mieście, ale ziarna były afrykańskie, one często maja takie charakterystyczne nuty.
Na kolumbijskiej plantacji zostałam też doedukowana, jacy są najwięksi producenci kawy na świecie, a tu Kolumbia jest dopiero trzecia, wyprzedzają ją Brazylia i Wietnam - Wietnamu nikt z naszej grupki nie zgadł ;) Tak więc wychodzi na to, że jeszcze Brazylia mi została - nie wybieram się, a brazylijskie kawy wydają mi się niezbyt ciekawe, ale kto wie :)
Ogólnie kocham kawę, a teraz właśnie myślę nad ekspresem :)
OdpowiedzUsuńNa pewno się przyda :)
UsuńFaktycznie ewolucja, ale i rewolucja zarazem.
OdpowiedzUsuńWcześnie zaczęłaś pic kawę, ja bardzo późno, zalewajka nie smakowała mi wcale, trochę lepiej rozpuszczalna lub takie cappuccino z paczki właśnie.
Najbardziej lubię kawę z ciśnieniowego, ale espresso dla mnie zbyt mocne i za krótko się pije, a lubię delektować się.
Kiedyś wyczytałam, że kawa z cytryną dobra na migrenę - nie pomogła, a ze smalcem na kaszel - tez nie pomogło, a było obrzydliwe...
Wietnamskiej kawy chyba nigdy nie piłam!
W liceum jeszcze nie piłam regularnie, ale czasami owszem. Obecnie zalewajka smakuje mi bardziej niż rozpuszczalna, rozpuszczalną wypiję tylko z mlekiem. Ale to też zależy, rozpuszczalna Lavazza w pociągu smakowała zdecydowanie lepiej niż kawa z ekspresu na warszawskim lotnisku...
UsuńKawy z cytryną na ból głowy próbowałam, da się wypić, ale nie działa lepiej od zwykłej. Ze smalcem bym się nie odważyła ;)
Początki z kawą mamy takie same ☺️. Tej z jajkiem spróbowałabym.
OdpowiedzUsuńA kolumbijska, wiadomo - najlepsza.
Buziaki ♥️
To chyba taki najbardziej standardowy początek :)
UsuńZ jajkiem polecam, jakbyś miała okazję, całkiem to smaczne :)
Kawoszką jestem żadną i te wszystkie sposoby parzenia, rodzaje ziaren i stopień spalenia mówią mi niewiele. Lubię kawę na zimno, najlepiej z jakimś smakowym syropem albo te wszystkie kawowe wynalazki z mleczną pianą grubą na cztery palce. Czarnej kawy nie przełknę nawet gdyby mnie zmuszano 😀. Mamy w domu ekspres do kawy, całkowicie automatyczny, dotykam wyświetlacza i robi mi się latte albo cappuccino, wypijam sobie przed pracą a później przez resztę dnia jadę na herbatach. Niedawno byłam w Maroku i przez tydzień wypiłam jedną kawę bo się trafił Starbucks w Marrakeszu 😀.
OdpowiedzUsuńNajlepszą kawę piłam chyba w Tajlandii, na zimno, sprzedawaną z ulicznych wózków. Czasem za nią tęsknię 😀
To ja z kolei wynalazki piję tylko z ciekawości i dla urozmaicenia. Jestem niestety uzależniona od kofeiny i jedna, a najlepiej dwie dziennie to minimum, ewentualnie mogę jedną matchą zastąpić, ale na wakacjach i tak łatwiej mi zrezygnować niż w pracy.
UsuńZ Tajlandii tęsknię za ich herbatkami na zimno: w wielu miejscach były za słodkie, ale poza tym pyszne :)
Nie wiem, czy wypiłam choć jedną całą kawę w swoim życiu. Raczej dziubnęłam czasem od kogoś. Kawa dla mnie musiałaby być bardzo posłodzona, a cukru mi nie wolno. Słodycze o smaku kawy całkiem lubię. Pijałam raczej zamienniki kawy typu: ,,kawa'' z korzenia cykorii lub mlecza. Gorzka, ciemna, fajna.
OdpowiedzUsuńO rety, aż trudno uwierzyć :D
UsuńZ cykorii piłam i nawet mi smakowała, ale ja niestety potrzebuję też kofeiny ;)
Niezły kawowy kalejdoskop, jesteś prawdziwą kawoszką :)) Niektóre dla mnie zaskakujące, np te z napojami czy sokami, wcześniej na takie nie trafiłam. Początki miałam podobne jak Ty, też jeszcze w liceum torebkowe cappuccino, później rozpuszczalna, teraz najczęściej z ekspresu, lub kawiarki, w zależności od ilości czasu. Ale piłam też kuloodporną, z olejem kokosowym i śmietanką kremówką, przyznam, że słysząc o niej myślałam że nie przełknę, ale po zblendowaniu okazała się pyszna :))
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie, Agness:)
O kuloodpornej słyszałam, ale tak samo wydawało mi się, że to musi być okropne - a może bym się pozytywnie zaskoczyła, wobec kawy z jajkiem czy solą też byłam sceptyczna ;)
Usuń