Centralny Wietnam w porze tajfunów - mgły, deszcze i powodzie

Można było się spodziewać, że w listopadzie pogoda w centralnej części Wietnamu będzie niezachęcająca. Postanowiliśmy zaryzykować, bo to ciekawa okolica, a pory deszczowe wyglądają różnie: czasami owszem, pada codziennie, ale popada przez jakiś czas i przestaje. Im bliżej zaplanowanego pobytu, tym więcej wątpliwości się pojawiało - obrazki z zalanych terenów nie zachęcały. Ostatecznie planów nie zmieniliśmy i mieliśmy o tyle szczęścia, że sytuacja powodziowa już się w miarę uspokoiła i pogodowo też nie było tak tragicznie, no ale jednak było to pewnym ograniczeniem.

Jako miejsce noclegowe często wybiera się jedno z dwóch miast: Da Nang lub Hoi An. Hoi An jest bardziej turystyczne, ale i bardziej klimatyczne, z uroczą starówką. Da Nang to po prostu duże miasto: szerokie ulice, wysokie budynki. Turystyczne też - przy plaży stoi rząd sporych hoteli - ale to zupełnie inny typ. Mieliśmy zamiar spać w Hoi An, ale uznaliśmy, że w Da Nang zagrożenie powodziowe jest mniejsze - centrum Hoi An było dość mocno zalane, a i poza nim niektóre ulice były odcięte. W Da Nang mieliśmy widok na rzekę i z lekkim niepokojem obserwowaliśmy, czy trzyma się w brzegach, ale się trzymała. 

Widok z hotelu popołudniu

...i widok z hotelu w nocy

Hoi An oczywiście odwiedziliśmy. Podoba mi się, lubię takie miejsca. Nie jest jakoś wyjątkowo zadbane, a moja mama skomentowała zdjęcia, że tak właśnie zawsze wyobrażała sobie Wietnam, co niekoniecznie jest komplementem, ale bardzo przyjemnie po nim pospacerować, powybierać pamiątki, napić się matchy czy zjeść naleśnika z ulicy (pani miała naleśniki z bananem i mango, ale widać było u niej tylko banany - kiedy zamówiliśmy z mango, po prostu poszła i mango kupiła ;)). Część ulic w centrum była jeszcze (znowu?) zalana, więc nie wszędzie dało się dojść. Nad samą rzekę trzeba by dopłynąć - i faktycznie ludzie, którzy organizowali wieczorne rejsy z lampionami, stawiali łódki już na zalanych ulicach. A późnym wieczorem złapał nas mocny deszcz. Mówiłam, że to dziwne, że nie wyrośli spod ziemi sprzedawcy oferujący parasole i foliowe płaszcze, czym chyba ich przywołałam, bo po jakimś czasie ktoś się pojawił.





Zalane, ale dzieci się bawią

Przed spacerem po mieście był przystanek przy tzw. kokosowym lesie, żeby przepłynąć się łódką między drzewami kokosowymi - tam woda jest normalnym elementem krajobrazu, to jest taki specjalny gatunek kokosa. Można trafić na filmiki, kiedy ludzie się w takiej łódce kręcą dookoła własnej osi, jak na karuzeli, ale to sobie darowaliśmy - wolałam to oglądać z boku niż brać udział.

 

A tak wygląda ten kokos

Do Da Nang dotarliśmy przed południem i mogliśmy się przekonać, że poświęcanie nocy na podróż, nawet jeśli jest się gdzie podczas tej nocy zdrzemnąć (najpierw nocny autobus, potem ławeczki na lotnisku), może i oszczędza czas, ale trochę pozornie, bo w ciągu dnia nie ma się za wiele energii. Po szybkim ogarnięciu się w hotelowej łazience, późnym śniadaniu i kawie padło na półwysep Son Tra i tamtejszą pagodę, znaną z wysokiego posągu, nazywanego powszechnie Lady Buddha - uważam to za moco ignoranckie określenie, bo to jest bogini miłosierdzia Guan Yin (lub w wersji wietnamskiej Quan Am), a nie żaden - ani tym bardziej żadna - Budda, ale sama się za dobrze nie znam, więc może się czepiam. Aspekty duchowe pominę, bo nie potrafię ocenić, ale muszę powiedzieć, że bardzo ładne i fotogeniczne miejsce. Jako bonus mamy małpy. Na początku widzieliśmy tylko ostrzeżenia, a one same się nie pokazywały, ale w końcu przypadkiem udało się je spotkać. Nie straszyły ludzi, chodziły sobie po drzewach. Jedna para załapała się na zdjęcie w hmm intymnej sytuacji ;) Potem już można było pojechać do hotelu i dostać pokój, więc konieczne były prysznic i drzemka, dopiero wieczorem spacer na miasto. 

Niezbędna dawka kofeiny




 
Najpierw były seksy, potem sesja iskania

A tutaj cała rodzinka

Najbardziej rzuciło mi się w oczy nagromadzenie koreańskich restauracji. Co kawałek jakaś. Kierowca, z którym jeździliśmy, miał powieszoną karteczkę, gdzie reklamował się też po koreańsku (aż zapytaliśmy, czy jest Wietnamczykiem) i potwierdził, że jest tam dużo Koreańczyków. W sklepach łatwo było kupić soju, choć wszystkie smakowały gorzej od tego, którego próbowałam jako pierwszego. Wieczorem przed wyjazdem wybraliśmy się do klubu, gdzie też podobno przychodzą głównie obcokrajowcy i wśród nich głównie Koreańczycy. Oczywiście prawdziwi ludzie nie wyglądają jak w kdramach, panowie w większości mieli nalane, kwadratowe twarze ;) Klub sam w sobie nie w moim typie i dużo ludzi z obsługi robiących sztuczny tłum, ale był całkiem fajny zespół: trzech białych facetów (w tym jeden na pewno Brytyjczyk i jeden, który wyglądał trochę jak Wiking) grało rockowe aranżacje różnych znanych hitów. Co ciekawe, Azjaci nie reagowali specjalnie entuzjastycznie na przykład na jakieś Nirvany - wydawało mi się, że to każdy wszędzie zna - ożywili się bardziej, gdy zespół zagrał coś azjatyckiego (języka nie zidentyfikowałam). Przy wejściu dostawało się małą butelkę piwa - jak wyjaśniła nam później przez translator pracująca tam Rosjanka, klub świętował jakąś swoją rocznicę, więc może to z tej okazji? Kolega skończył swoje piwo i odczuwał presję, żeby coś zamówić, ale nam nasze wystarczyły na bardzo długo i ostatecznie wyszło na to, że nie zapłaciłyśmy ani grosza i jeszcze piwo dostałyśmy, a on jako mężczyzna jak zawsze był poszkodowany ;)

Koreańskie knajpy co kawałek

Jest i plaża :)

Jednym z punktów planu było też Ba Na Hills, gdzie wszyscy robią sobie zdjęcia na moście z dłońmi i złotymi balustradami. Na górę wjeżdża się kolejką linową, a między punktami na różnych wysokościach kursują dalsze kolejki - podczas tego wyjazdu najeździłam się kolejkami sporo (to jeszcze nie ostatnia!). Przyjechaliśmy rano, żeby uniknąć tłoku. Na dole pogoda była zupełnie przyzwoita, ale w miarę jazdy w górę robiło się coraz bardziej mokro i wietrznie. Można było przewidzieć, że będzie mgła i nic nie będzie widać - tam dobra widoczność jest raczej wyjątkiem, co dopiero w takiej porze - ale takiej oblepiającej wilgoci to się jednak nie spodziewałam. Po wyjściu na chwilę na rzeczony most miałam tak mokre włosy, że mogłam sobie loki reanimować, a wtedy nawet nie padało, po prostu chodziło się w chmurze. Wilgoć i zimno wdzierały się nawet do budynku. Mądrze postąpili ludzie, którzy przyszli w płaszczach przeciwdeszczowych. 

Na dole

...i na górze

Cały kompleks to tak naprawdę park rozrywki, zbudowano też francuską wioskę, działa kilka restauracji, w tym jedna, która chyba miała udawać bawarską i gdzie w cenie biletu można było dostać przekąskę albo lokalnie warzone piwo. Obsługa miała bawarskie ubrania i chyba nawet precle można tam było kupić :) Dla mnie to co prawda ciekawostka, ale atrakcja taka sobie i trochę się dziwiłam, ale może po prostu przemawia przeze mnie europejski punkt widzenia - skoro ludzie to miejsce odwiedzają, to widać ma w sobie coś atrakcyjnego, a Wietnamczykowi nie tak łatwo pojechać do prawdziwej Francji czy odwiedzić bawarską piwiarnię. Francuska wioska ma zresztą nawet sens historyczny, bo to francuscy kolonizatorzy jako pierwsi zaczęli ten teren zabudowywać, żeby mieć przyjemne miejsce na odpoczynek od upałów na dole. Budynków od zewnątrz nie dało się niestety za dobrze obejrzeć, bo szło się raczej pochylonym (kocham deszcz na okularach...) i byle szybciej , a przy widoczności na kilka metrów ledwo udawało się trafić do tego, którego się szukało ;) W pogodne dni pewnie i widoki można podziwiać...

Most

Ogólnie na pewno byłoby atrakcją odwiedzić okolicę przy bardziej sprzyjającej aurze. Ba Na Hills można by sobie darować, ale poza tym znalazłoby się jeszcze trochę zajęć i miejsc do zobaczenia. Miałam na przykład wielką ochotę przejechać się pociągiem przez przełęcz Hai Van, znaną z ładnych widoków, do Hue, gdzie można zobaczyć cesarskie miasto. Zamiast jechać pociągiem umówiliśmy się z kierowcą. Widoków jednak nie było - dzień był tak deszczowy i mglisty, że ledwo było widać drogę. Zatrzymaliśmy się gdzieś na kawę i wróciliśmy z powrotem. A jeśli chodzi o Hue, to nie jestem pewna, czy nie było też jeszcze (znowu?) pod wodą...

Najlepsza widoczność na trasie, gdzieś w okolicy Hai Van - z tyłu należy wyobrazić sobie góry

Salted coffee (cà phê muối) na pocieszenie /specyficzna, ale wbrew nazwie nie słona/


Komentarze

  1. Nocne widoki jednak mają swój urok!
    Nocnych podróży nigdy nie lubiłam, muszę wygodnie się wyspać , bo inaczej jak zombie...
    Na zdjęciach widać malownicze niebo i chmury nieco przerażające.
    Na jakimś filmie słuchałam przy jakiej muzyce bawili się starsi Japończycy, dla mnie nie do przejścia. Zbyt egzotyczne jednak.
    Może te okolice odwiedza dużo Niemców? zawsze myślałam, że na wyjazdach szuka się egzotyki właśnie, skąd więc bawarska czy francuska knajpa?
    Chyba jednak pora deszczowa nie dla mnie, mgły i mżawki nie są moimi ulubionymi...te kawy zaś wyglądają apetycznie:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zauważyłam więcej Niemców niż gdzie indziej, tylko Koreańczyków się wydawało szczególnie dużo. Widocznie twórcy uznali, że tak będzie atrakcyjnie? Dla miejscowego turysty to może faktycznie jest co innego, a i niektórzy zachodni tak lubią... Francję mogę uzasadnić, bo Francuzi jako najeźdźcy tam budowali swój kompleks od XIX wieku, ale nie wiem, ile zostało z oryginalnego, pewnie niewiele. A jak chcieli piwo sprzedawać, to Bawaria się nasunęła ;)
      W zupełnie innym miejscu zrobili też miasteczko na wzór włoski - to był ten sam inwestor. (Kraj z nazwy komunistyczny, ale wszystkie duże inwestycje robią prywatne spółki ;))

      Na wszystkich zdjęciach chmury wyglądają, jakby groziły deszczem w każdej chwili, na szczęście nie padało bez przerwy, ale i tak nie był to najlepszy czas na wizytę :)
      Kawy wciąż najbardziej lubię zwykłe czarne, ale oni tam mają tyle wariantów urozmaiceń, że musiałam wypróbować :)

      Usuń
  2. Nie jest to mój wymarzony kierunek ale i tak podróży zazdroszczę! Uściski 🙂

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz