Wspominałam, że trudno mi zdecydować, które miejsce z odwiedzonych przeze mnie w Wietnamie przemówiło do mnie najbardziej, ale po zastanowieniu stwierdzam, że chyba byłoby to Ninh Binh. Dużo zieleni, woda, pagórki, pagody - same ładne widoki, a do tego dość spokojnie i niezbyt nachalnie. Jedyny minus to że mieliśmy na te okolice za mało czasu, nie zaszkodziłoby mieć tam noclegu i pozwiedzać sobie na spokojnie albo po prostu dłużej pobyć. Nie było już kiedy wejść na punkt widokowy na Mua Cave, bo zrobiło się ciemno, nie wspominając o innych możliwych atrakcjach, jak choćby swobodna przejażdżka rowerem.

Można bez problemu kupić zorganizowaną wycieczkę, gdzie taki jednodniowy wypad jest tak rozplanowany, żeby zdążyć odwiedzić więcej, ale samemu większa frajda, no i przede wszystkim zależało nam, żeby przyjechać pociągiem, co było pewnym ograniczeniem czasowym, bo autobusów jeździ sporo, ale w pociągach przebierać nie można. Trasa nie była widokowa, za to można było popatrzeć nieco na wietnamską prowincję, a sam fakt korzystania z najwspanialszego środka transportu i możliwość sprawdzenia, jak to tam działa, już były wystarczającą atrakcją. Pociąg jednak dotarł na miejsce opóźniony. Trzeba było jeszcze zjeść śniadanie, żeby nie szukać dalej, więc weszliśmy do jednego z lokali na banh mi, czyli po prostu bagietki, i kawę, a tam jak zawsze trzeba było nieproporcjonalnie długo czekać - standard, nikt się specjalnie nie spieszy. Przynajmniej potem taksówkarz znalazł się błyskawicznie, choć sprawiał wrażenie, że zaczepił tylko dla zasady, a wcale nie chciało mu się jechać, wolałby dalej sobie siedzieć z kolegami.

Na początek pagoda Bai Dinh. Szczerze mówiąc nie byłam za dobrze przygotowana i nie spodziewałam się, że teren jest tak rozległy i na jego zobaczenie potrzeba sporo czasu, a przy jego ograniczonej ilości najlepiej byłoby rozplanować sobie trasę z góry. Jest tam stara, zabytkowa pagoda i jest kompleks nowych budynków, w oczy najbardziej rzuca się stumetrowa wieża, do której można wejść i wjechać windą na wyższe piętra. Wszystko zatopione w zieleni. Jest to nie tylko atrakcja turystyczna (na szczęście), ale aktywne miejsce kultu. W świątyniach i poza nimi stoją duże posągi złocone lub z brązu. W jednej ze świątyń umieszczono kilka setek (albo i tysięcy? nie pamiętam) małych figurek Buddy we wnękach rozmieszczonych wzdłuż ścian. Nie zabrakło też miejsc stworzonych do zdjęć czy kawiarenki. Po terenie można poruszać się meleksem, z czego korzystaliśmy dla oszczędności czasu i sił, bo te woleliśmy zostawić sobie na konkrety.





 |
| Z figur przeszłości, teraźniejszości i przyszłości na zdjęcie załapała się przyszłość |
 |
| Można było kupić takie listki i zastanawialiśmy się, co to. Tutaj zobaczyliśmy odpowiedź: ludzie pisali na nich swoje życzenia i wieszali na stojakach |
 |
| Postawiono stoliczek, żeby móc zrobić takie lustrzane odbicie |
 |
| Miejsca dla treści politycznych również nie zabrakło |
Następnie spływ Dunajcem rejs łódką. Są organizowane w dwóch miejsach, Tam Coc i Trang An - podobno w tym drugim jest lepiej i spokojniej, więc pojechaliśmy tam i faktycznie nie było na co narzekać. Można wybrać z kilku opcji: u nas te najdłuższe odpadały, zresztą myślę, że krótsza wystarcza. Trasa jest bardzo ładna, stąd nasunęło mi się porównanie do spływu Dunajcem. Tylko kierujący łodzią nie gada tyle co flisacy. No i na Dunajcu nie ma po drodze świątyń (niektóre wymagają zejścia na ląd, niektóre stoją na wodzie) ani nie wpływa się do jaskiń - z daleka wydawało się, że do niektórych się nie zmieścimy, ale to tylko takie wrażenie, najwyżej dla pewności pochylałam się do przodu. Pod koniec zauważyliśmy, że niektórzy pasażerowie również wiosłują i że w naszej łódce też leżą dodatkowe wiosła, więc przyłączyliśmy się do wiosłowania i ścigaliśmy się z innymi łódkami (ich pasażerowie często do ostatniej chwili nie wiedzieli, że uczestniczą w wyścigu, ale to nieważne, i tak przegrali ;)). Pozwoliło to też bardziej docenić tych wiosłujących, bo to dość męczące - my mieliśmy faceta, ale wiele z nich to drobne kobiety.






 |
| Już na lądzie |
Kiedy skończyliśmy, było już ciemno. Kolejnym przystankiem zostało stare miasto Hoa Lu. Oczywiście nie mogło zabraknąć światełek, więc ciemności tak bardzo nie przeszkadzały, a nawet były plusem. Zastaliśmy tam rozświetlone pagody i mnóstwo lampionów, w różnych kolorach i z różnymi wzorami. Był też nocny targ, gdzie kupiłam jakieś placki do przekąszenia (takie sobie, trochę za ciężkie). Przez dekoracje targ nasuwał skojarzenia z jarmarkiem świątecznym, tylko grzanego wina tam nie podają (prędzej piwo z lodem). A po spacerze było już późno i trzeba było się zbierać... Bilet na autobus kupiliśmy dopiero wieczorem i nie byliśmy pewni, czy to na pewno realna, uczciwa oferta, musieliśmy też trochę się pospieszyć, żeby dotrzeć na czas na miejsce, ale wszystko wyglądało jak należy. Wcześniej jeden z taksówkarzy bardzo nalegał, żeby nas zawieźć do Hanoi (to jakieś 95 km - bliżej niż było z Ha Long, ale jednak daleko), ale kwota opłacalna dla niego nie była opłacalna dla nas, więc wyszła z tego tylko męcząca dyskusja przez googlowego tłumacza.




 |
| A tam daleko jakaś spora impreza |
 |
| Musiałam uwiecznić fluorescencyjne murale nad rzeką |
 |
| U góry kolejna świątynia, z widokiem; trzeba było tylko uważać, żeby po ciemku nie spaść ze schodów ;) |
Wycieczka wypełniona po brzegi!
OdpowiedzUsuńFaktycznie sporo świątyń i figur, a te listki nie wiem, bo nic się nie podświetla pod zdjęciem, a napis na listku mało czytelny.
Rejs tez świetny, z atrakcjami, wpływanie do jaskiń z dreszczykiem:-)
Nocne fotki ciekawe i piękne lampiony!
Wszystko mi się tam podobało, tylko dzień za krótki :)
UsuńNa tych listkach ludzie pisali swoje życzenia i wieszali na stojakach - dopiszę w podpisie. Tutaj autor (autorka?) chce, żeby on i jego/jej brat odnosili sukcesy. Napisane po angielsku, ale dla mnie to brzmi jak typowe azjatyckie życzenie ;) Nie wiem, czy nie trzeba było jeszcze jakiegoś rytuału odprawić.
Ninh Binh naprawdę brzmi jak miejsce, które trzeba zobaczyć na spokojnie – te pagórki, pagody i spokój robią ogromne wrażenie. Super, że mimo ograniczonego czasu udało się Wam poczuć klimat zarówno świątyń, jak i rejsu po wodzie – te zdjęcia naprawdę oddają magię miejsca.
OdpowiedzUsuńTa okolica zdecydowanie zasługuje na poświęcenie jej czasu.
UsuńZdjęcia oddają ducha dobrej wyprawy. Już mi z róznych miejsc mówią o Azji. Może kiedyś będzie trzeba się wybrać?
OdpowiedzUsuńAzja Południowo-Wschodnia jest modna już od wielu lat, i krajobrazowo, i kulturowo jest inaczej niż w Europie, a poza tym niedroga (przynajmniej na miejscu), w miarę łatwa i bezpieczna :)
UsuńNie jest to mój kierunek ale za podróżami będę zawsze i podpisze się każdą ręką! Te doświadczenia, nowi ludzie, miejsca, smaki .... Nic temu nie dorówna
OdpowiedzUsuńUwielbiam te nowe doświadczenia, a za wieloma smakami tęsknię :)
UsuńCudowna wycieczka! fajnie popatrzeć na coś innego niż śnieg:)
OdpowiedzUsuńokularnicawkapciach.wordpress.com
A u mnie na południu śniegu obecnie brak :)
Usuń