Zatoka Ha Long na bogato
O słynnej wietnamskiej zatoce Ha Long czytałam dużo złych opinii, a to z powodu nadmiaru turystów, którego skutki to tłok, hałas, śmieci i inne kwestie, które psują wrażenie. Ale jednocześnie jak tu pominąć takie ikoniczne miejsce, wpisane na listę UNESCO? Tak więc odwiedzić chciałam i jednocześnie byłam nastawiona sceptycznie i przygotowana na uciążliwości, szczególnie mając w pamięci Maya Bay z Tajlandii. Ale że wycieczkę zafundowaliśmy sobie nieco po burżujsku, to i uczucie zatłoczenia udało się zminimalizować. Choć, jak na burżujskie podróżowanie przystało, wpływ na środowisko raczej został zwiększony.
Kiedy przyjechaliśmy w okolice portu, było zupełnie pusto. Dziwnie pusto, wymarła miejscowość. Woleliśmy mieć większy zapas czasu, bo przecież busik może się spóźnić, więc było sporo czasu na spokojne śniadanie i snucie się po okolicy. Busik dotarł na miejsce punktualnie, za to odjazd z Hanoi został przesunięty na kilkanaście minut wcześniej, o czym poinformowano przez whatsapp na ostatnią chwilę, więc trzeba było mocno przyspieszyć kroku, a busik już na nas czekał.
A potem przyszedł czas na główną atrakcję dnia, czyli lot nad zatoką, a właściwie nad dwiema, bo oprócz Ha Long jeszcze nad mniej odwiedzaną Lan Ha. Można znaleźć oferty na portalu getyourguide, jest nawet polski pośrednik, ale znaleźliśmy stronę organizatora, więc skoro tak, bez sensu kupować inaczej niż bezpośrednio. Istniało ryzyko, że nie trafimy z pogodą, ale odkładanie na później to też ryzyko, więc kupiliśmy z wyprzedzeniem. Trochę się bałam lotu takim maleństwem, ale czytałam opinie i myślałam, że ich autorzy lecieli i przeżyli, a o żadnym wypadku też głośno nie było (o wypadku statku i utonięciach owszem - w zeszłym roku w czasie sztormu zginęło sporo wietnamskich turystów, głównie rodziny z dziećmi...). Pogodę mieliśmy jak na zamówienie: piękne, niebieskie niebo, a na nim zaledwie drobne chmurki. Sam lot okazał się dużo mniej emocjonujący niż się spodziewałam. Ale widoki ładne, z tej perspektywy można podziwiać okolicę w całej okazałości.
Ponieważ lot był krótki, trzeba było sobie jeszcze zorganizować jakiś rejs. Nie wierzyliśmy, że wszystko wyjdzie czasowo zgodnie z planem, więc tutaj nie rezerwowaliśmy niczego z wyprzedzeniem. Sam lot też wzięliśmy późniejszy niż można by było i na przyłączenie się do rejsu z grupą, nawet krótkiego, już było za późno. Gotowych łączonych opcji nie znaleźliśmy, a polski pośrednik rzucił ofertą z taką ceną, że można było spaść z krzesła ;) Ludzie są tam jednak bardzo przedsiębiorczy i pomocni (głównie dla siebie nawzajem) i kiedy chcesz kupić usługę, ochoczo zaprowadzą do kogoś, kto taką usługę sprzeda - aż zbyt ochoczo, można się poczuć osaczonym. Jeden facet, towarzyszący pasażerom wsiadającym właśnie na statek, w reakcji na pytanie bez namysłu przeskoczył przez płot oddzielający nabrzeże od ulicy, zaprosił do swojego samochodu i zawiózł do biura na przystani. Po rozważeniu ofert i negocjacji ceny okazało się, że popłyniemy sami, cały statek na kilkadziesiąt osób będzie tylko dla nas. Trzeba było jeszcze wykazać się asertywnością, gdy chciano wciskać drogie oferty posiłków, bo takich bogatych turystów to pewnie stać na wszystko - pewna dziewczyna dyskretnie doradziła sensowną opcję i udało się dogadać. Można było płynąć: w spokoju rozsiąść się w dowolnym miejscu, na ławeczkach lub huśtawkach, chodzić to tu, to tam, robić zdjęcia, gdzie się komu podobało. Pełna swoboda i pełen relaks. A umówiony posiłek przygotowany przez naszego prywatnego kucharza, złożony z małych porcji kilku różnych dań, okazał się całkiem dobry, do tego w bardzo przyjemnych okolicznościach, z widokiem na morze i skały.
![]() |
| Ryż, ryba, krewetki, sajgonki, omlet. Było jeszcze zielsko, chyba morning glory, ale podane chwilę później i się nie załapało. |
Statek zatrzymywał się w wybranych miejscach, gdzie wychodziło się na ląd i już po pierwszym przystanku okazało się, że rejs wyłącznie w swoim własnym towarzystwie to całkiem sensowne rozwiązanie, bo tam już tłumy były, w tym dużo chińskich turystów, którzy są wyjątkowo głośni, a na pokładzie cisza i spokój. W jednym miejscu okazało się tak ciasno, że statki musiały długo manewrować i obijały się jeden o drugi. Żebyśmy mogli wyjść na brzeg, kazano nam przejść na statek obok, tak po prostu, przez burtę - dobrze, że przynajmniej ktoś rękę podawał. Kilkoro obecnych na tamtym statku Chińczyków i reszta ich grupy czekająca na brzegu, żeby wsiadać, nieufnie przyglądało się, co to za zagraniczni intruzi dokonali abordażu. Na lądzie w pierwszym momencie żałowaliśmy, że w ogóle się tam zatrzymaliśmy, bo zastaliśmy zatłoczoną, brzydką plażę, ale potem punkt widokowy wynagrodził niedogodności.
![]() |
| Pierwszy przystanek |
![]() |
| Wielka jaskinia |
![]() |
| Plaża niezachęcająca... |
![]() |
| ...ale widok z góry już niczego sobie |
Potrzebny był jeszcze transport powrotny. Chcieliśmy zabierać się za szukanie autobusów, ale taksówkarz tak bardzo nalegał i zgodził się na tak dziwnie niską kwotę, że ostatecznie wylądowaliśmy w prywatnym samochodzie jego kolegi, wymyślnym elektryku wietnamskiej marki. Jak burżujstwo, to burżujstwo :)














Oj tam, zaraz burżujstwo! po prostu inny sposób podróżowania, a jaki atrakcyjny, tyle środków lokomocji! wspaniały plan i atrakcje.
OdpowiedzUsuńTakim malutkim samolotem nie leciałam, choć u nas jest aeroklub i loty turystyczne także, ale nie miałam odwagi...
Czasami warto nieco więcej zapłacić, by dotrzeć na czas i w dobrych warunkach, w Grecji tez wzięliśmy taksówkę do innej miejscowości i na dwie pary nie wyszło drogo.
Mam wrażenie, że w Polsce jest drożej.
My miło wspominamy wycieczkę na Simi, bo na wyspę żółwi, to była porażka.
Na statku czuliśmy się trochę dziwnie, kiedy było więcej ludzi z obsługi niż nas, ale było to bardzo przyjemne, na pewno lepiej niż na większości grupowych rejsów, bo na tych można się było czuć przytłoczonym. Załodze też się pewnie bardziej podobało, bo mieli spokój :) Można jeszcze było płynąć speedboatem, wtedy wielkość byłaby adekwatna i zrobilibyśmy więcej przystanków, ale dobrze, że się nie zdecydowaliśmy, bo byłoby to męczące, poza tym te łodzie są głośne, niewygodne i jest mi na nich niedobrze.
UsuńDystans był trochę duży jak na taksówkę, bo 150 km, sle skoro kierowca nalegał i zgodził się na bardzo dobre dla nas warunki, to czemu nie ;)
Z tego co widzę, było warto! Widoki fantastyczne! Ściskam ciepło ♥️
OdpowiedzUsuńTak, dobrze, że nie dałam się zniechęcić internetowym komentarzom :)
UsuńWidoki z góry faktycznie fantastyczne - moim zdaniem zdecydowanie było warto się przelecieć i przepłynąć :-) Cieplutko pozdrawiam
OdpowiedzUsuńPodobne już widziałam, ale zdecydowanie nie żałuję!
UsuńWspaniałe widoki i przede wszystkim wspomnienia. Zdecydowanie było warto :)
OdpowiedzUsuńPod pewnymi względami wyszło lepiej, niż gdyby udało się kupić zwykły rejs :)
UsuńNawet nie wiedziałam że nad Ha Long można sobie polatać, widoki z góry zacne. Słyszałam, że warto podziwiać zatokę z samego rana bo nie ma ludzi, za to z kolei bardzo często unosi się gęsta poranna mgła, która fajnie wygląda na zdjęciach ale dużo zasłania. Rejs wydaje się chyba najciekawszą opcją żeby zobaczyć zatokę z bliska.
OdpowiedzUsuńMoja koleżanka gdzieś wypatrzyła taką opcję :)
UsuńWe mgle musi ciekawie wyglądać. Popularne są też rejsy z noclegiem, ale nie chciałam spać na statku. Czytałam też, że na Lan Ha jest mniej turystów i trochę spokojniej.