Noworocznie
Na noworoczne śniadanie była posylwestrowa resztka sushi, do tego mochi na deser (myślałam, że wszystkie są niedobre, ale kupiłam w wietnamskim sklepie jakieś made in Taiwan i okazały się całkiem smaczne) i matcha zamiast kawy. Taki niepolski zestaw ;) W tle playlista latino zaproponowana przez Spotify przeplatana ze ścieżką dźwiękową do wspaniałej kreskówki KPop Demon Hunters. Film jest uwielbiany przez moich bratanków, a kiedy usłyszałam tytuł, pomyślałam, że chyba muszę obejrzeć, ale to pewnie głupie albo wtórne, jak te typowe filmy o nastoletnich pogromcach potworów - a tu wcale nie.
Natomiast pierwszej (drugiej?) nocy nowego roku śniło mi się, że jestem w Bogocie (która oczywiście nie wyglądała jak Bogota) i jest tam pełno Polaków :D
Sama nie wiem, czy ten rok był dobry, czy nieszczególny. Jak mawiała kiedyś bratanica "trochę fajny, a trochę niefajny". Trochę się działo, odwiedziłam sporo nowych miejsc i mam dużo nowych doświadczeń i to na pewno zapisuję na plus, ale tak całościowo to bez szału. Liczyłam na przykład na to, że uda mi się bardziej dbać o relacje towarzyskie, a wyszło słabo. Często też byłam zmęczona i niezorganizowana - nie tylko w tym roku, ale dobrze byłoby tu coś zmienić na lepsze.
Czytałam niewiele, oglądałam trochę, za to na ogół ciekawe rzeczy. W pracy trochę nudy i trochę wyzwań. Ćwiczyć udawało mi się zrywami.
Myślałam sobie, że może dobrze byłoby się zmobilizować i spełnić swoje podróżnicze marzenie. Ostatecznie spełniłam, ale... nie to, o które chodziło ;) Przed wyjazdem myślałam, że bardziej ciągnie mnie w przeciwnym kierunku, ale wyjazd do Boliwii oznaczałby przebywanie na dużych wysokościach, a w pewnym momencie nie byłam pewna, czy to byłby dobry pomysł, więc może dobrze, że się nie zmobilizowałam. Zresztą wycieczka, którą miałam na oku, w małej grupce i z ciekawym programem, wymagała dużo urlopu i była droga. Do Azji łatwiej znaleźć towarzystwo na samodzielny wyjazd, więc z chęcią wykorzystałam okazję.
Trochę się nalatałam, ale też pojeździłam autobusami, taksówkami, metrem, tuktukiem. Popływałam różnymi łódkami, większymi i mniejszymi, po morzu, rzekach i jeziorach - jako pasażerka, raz tylko złapałam za wiosła (przy czym nie bylismy pewni, czy wiosłowaniem bardziej pomagamy, czy przeszkadzamy). Leciałam też (również jako pasażerka, marzenia o zostaniu pilotką raczej nie spełnię) małą awionetką, a raczej hydroplanem i spróbowałam (za kierownicą) jazdy na skuterze. Można było jeszcze spróbować wziąć mototaksówkę zamiast zwyczajnej - jednocześnie kusi i się boję, ale i tak było to niepraktyczne, bo trzeba by jechać pojedynczo. Wzbogaciłam swoją kolekcję dziwnych miejsc i przeżyć noclegowych. Zostałam nastraszona przez psy, małpy i owady, wśród tych ostatnich wielkie i hałaśliwe cykady. Przeżyłam największy i najgłośniejszy śmigus-dyngus w swoim życiu, który co prawda nie był śmigusem, tylko tajskim nowym rokiem, ale polewanie wodą się zgadzało i nawet wypadł w podobnym czasie. Spróbowałam paru nowych rzeczy do jedzenia, przetestowałam kilka wietnamskich sposobów na kawę (oraz jeden kanaryjski) i dowiedziałam się, jak smakuje soju. Nauczyłam się, jak się przywitać i podziękować po chińsku i wietnamsku (po tajsku ani po khmersku nie umiem). Pierwszy raz skorzystałam z masażu innego niż twarzy i mi się spodobało. Spotkałam kogoś, kto mnie zainteresował i kogo chętnie poznałabym bliżej, ale pewnie już nigdy się nie zobaczymy. Złamałam się i kupiłam sobie smartwatcha, przez co już nie mogę z dumą powiedzieć, że zegarki uznaję tylko tradycyjne. W tym roku niestety muszę kupić też telefon, już się boję, że będę niezadowolona, bo w moim starym tylko bateria szwankuje (ma już prawie 6 lat!).
Mam też trochę nowych doświadczeń okołomedycznych, ale to tylko diagnostyka, więc nic strasznego. Na przykład nigdy wcześniej nie miałam wenflonu - teraz tak i już wiem, że moje ciało reaguje panikarsko. Jedna pielęgniarka zaraz po zobaczeniu mnie stwierdziła, że wyglądam na osobę, która mdleje po wkłuciach :) Pobieranie krwi już mnie raczej nie rusza, chyba, że ktoś grzebie mi igłą w ręce i nie umie znaleźć odpowiedniej żyły (co też nie zdarzyło mi się nigdy wcześniej) i całość za długo trwa, wtedy bezpieczniej się położyć. Skłoniona przez marudną panią od badań okresowych po latach przerwy zapisałam się również do okulisty - zrobił zestaw badań i stwierdził, że jak na osobę z moją wadą widzę bardzo dobrze, ale czy nie rozważałam zabiegu korekcji. Wcześniej, w miejscu nieokulistycznym, pielęgniarz też zainteresował się moim wzrokiem i polecił mi najwygodniejsze soczewki, jakie spotkał, nawet mi na karteczce zapisał, żebym nie zapomniała. Jeszcze nie wypróbowałam. Obcy ludzie nie chcą, żebym nosiła okulary. Przypomina mi się, jak podczas pierwszego doboru soczewek facet powiedział, że pewnie mi się spodoba, więc oczekiwałam, że dobrze mi bez okularów i byłam bardzo rozczarowana po spojrzeniu w lustro ;)
W Kambodży spotkałam kilka plakatów o treści Cambodians love and want/need peace. Tymczasem jakiś czas po moim powrocie do domu Kambodża i Tajlandia zerwały kilkumiesięczne zawieszenie broni i znowu każda ze stron obwiniła przeciwnika. Wszyscy zawsze kochają pokój, wydawałoby się, że w tych mocno buddyjskich krajach z tak uprzejmą powierzchownością tym bardziej powinni, ale gdy ojczyzna wzywa, moim honorem jest podkładać miny, strzelać i bombardować. To tylko starcia na granicy (choć Tajlandia, swoją drogą świetnie uzbrojona, wysyłała już swoje F-16 nieco bardziej wgłąb), ale mimo wszystko miło z ich strony, że poczekali, aż będę daleko. Przed końcem roku było już nowe zawieszenie broni, więc można mieć nadzieję na kolejny okres spokoju, ale to potrafi się szybko zmieniać.
Ogólnie obecna sytuacja na świecie nie napawa optymizmem. Tak naprawdę nigdy nie było spokoju, ale wygląda na to, że aktualnie idzie to wszystko w gorszą stronę.

Nie jest zbyt kolorowo :/
OdpowiedzUsuńNiestety...
UsuńJak dla mnie, twój rok całkiem udany, tyle podróży i nowych wrażeń, a przecież nie wszystko wychodzi na 100%
OdpowiedzUsuńDziwi mnie, że Tajlandia i Kambodża tak się kłócą, na turystyce mogą przecież zarabiać krocie!
Sytuacja na świecie może niepokoić bardzo, ludzkość naprawdę ma destrukcję w genach!
Pod kątem wrażeń faktycznie nie mam na co narzekać, mam ich na zapas :) Tylko mam takie poczucie, że żeby coś się działo i żeby mi czas nie uciekał przez palce, muszę wyjechać, im dalej, tym lepiej.
UsuńWidziałam gdzieś informację, że Kambodża już zanotowała spadki. I moim zdaniem laika oni mają więcej do stracenia, ale też obecnie to do nich należą tereny sporne z Tajlandią. Sami mieliśmy wątpliwości, czy tam jechać, w razie gdyby była jakaś eskalacja, ale potem się uspokoiło i uznaliśmy, że nie wiadomo, co się będzie działo na świecie niedługo, więc trzeba korzystać, póki jest bezpiecznie.
A ja jeszcze matchy w nowym roku nie wypiłam!
OdpowiedzUsuńW zeszłym już roku, byłam 3 razy pod narkozą. Krew to chyba ze 30 razy mi pobierano, zresztą już w sobotę byłam na badaniu krwi i dziś też idę. Moje żyły nie mają lekko :) Dziwny to był rok, dobrze,że się kończy.
]Podróżniczo to Ci zazdroszczę!
Nie zazdroszczę takich perypetii zdrowotnych.
UsuńPodróżniczo udało mi się lepiej niż sądziłam.
Dużo się działo u Ciebie w ubiegłym roku. Ale najważniejsze to zachować spokój i uśmiech.
OdpowiedzUsuńŻyczę Ci samych dobrych wrażeń w 2026 roku.
Dziękuję i wszystkiego dobrego w nowym roku dla Ciebie :)
UsuńA ja podsumowań nie robię, za to postanowienia noworoczne już tak.
OdpowiedzUsuńTowarzyszy mi ten sam niepokój...
Wszystkiego dobrego w Nowym Roku ♥️
U mnie na odwrót, postanowień brak, a już na pewno brak konkretnych.
UsuńDziękuję i wzajemnie!
Już któryś raz słyszę o Matchy. Może czas spróbować. Pozdrawiam w nowym roku!
OdpowiedzUsuńNiektórzy lubią, niektórzy nie. Podobno jest zdrowa, więc nie zaszkodzi spróbować :)
Usuń