Pekińska przesiadka

Dawniej odnosiłam wrażenie, że większość współpracowników, przynajmniej tych trochę starszych ode mnie, była kiedyś w Chinach. Jeden nawet dziwił się, że ja nie. Pamiętam, że na rozmowie o pracę zostałam zapytana, czy zgodziłabym się do Chin pojechać i były wobec mnie takie plany, ale człowiek, który zajmował się tym projektem, uznał, że woli sam - i dobrze, bo jego doświadczenia w tamtym konkretnym miejscu były wyjątkowo nieprzyjemne. Ostatnio o chińskich projektach nie słychać, ale pomyślałam sobie kiedyś, że z ciekawości chętnie bym tam pojechała, najlepiej do pracy właśnie. Kiedy podczas szukania lotów do Wietnamu wyszło, że jest szansa przy okazji spędzić kilka godzin w Pekinie, bardzo mi się to spodobało: co prawda to tylko Pekin i tylko kilka godzin - a to, jak się okazało, niewiele - ale zawsze. Chętnie przyjechałabym też na dłużej, żeby więcej zobaczyć i odwiedzić również inne miejsca, bo stolica zawsze jest nieco inna. Nie podejrzewam, że byłabym w stanie Chiny jakoś specjalnie polubić, ale mnie ciekawią. Niektórzy mówili, że lubią tam jeździć, ale na trochę, bo na dłuższą metę ciężko wytrzymać. 

Ludzie w internecie, oprócz straszenia jakością linii lotniczej, straszyli uciążliwościami. Na przykład w wielu miejscach czytałam, jak dużo czasu zajmuje wyjście z lotniska i wejście ponownie. Pewnie miałam szczęście, ale poszło błyskawicznie: formularz wypełniony już w samolocie, krótka kolejka, sprawna obsługa. Lotnisko jest duże i przemieszczanie się trochę zajmuje, ale nie było źle. Nadmiarowy bagaż podręczny został w przechowalni i można było ruszać. Popularne są wycieczki na Wielki Mur, można też wynająć prywatnego kierowcę, ale wtedy trudno byłoby wcisnąć cokolwiek innego, a o tej porze roku otoczenie muru jest szaro-bure i tym samym traci na atrakcyjności, więc pojechałyśmy na miasto. Z lotniska można się łatwo i wygodnie wydostać metrem. Bilety kupuje się w automatach, gdzie spokojnie można płacić kartą. Kiedy dłużej się wahałyśmy, materializował się ktoś z obsługi i doradzał. W kwestii płacenia miałam trochę obaw, bo w Chinach istnieją specjalne aplikacje (WeChat Pay, Alipay), a instalowanie tego na jeden dzień było trochę bez sensu. Faktycznie przed każdą próbą zakupu trzeba było dopytać, czy akceptują zwykłe karty płatnicze, ale znalezienie miejsc, gdzie to nie był problem, nie było takie trudne. Za wstępy do atrakcji również można było zapłacić kartą. Zostało nam trochę gotówki w dolarach, ale trzeba by znaleźć, gdzie to można wymienić.

Kiedy wsiadałyśmy do metra, mogłam zaobserwować, że tutaj kolejki nie obowiązują: ludzie się po prostu wpychają - są zaznaczone miejsca oczekiwania po bokach wejścia do wagonu, ale kto by na to zwracał uwagę. Jest zaznaczone też, żeby najpierw wypuszczać wysiadających, ale po co, lepiej się kotłować. Za zejściami ze schodów ruchomych sa naklejki, żeby się tutaj nie zatrzymywać - przyszło mi na myśl, że muszą być, bo tutaj nikt sam na to nie wpadnie. 

Śniadanie od Air China o 6 rano

Obrazek z metra

Trochę pozwiedzałyśmy, choć mniej, niż było w planach: udało nam się zacząć koło południa, koło 17 już robi się ciemno, metro kursuje do określonej godziny. A do tego trochę błądziłyśmy: na jednym telefonie mapa się źle ściągnęła, na drugim lokalizacja nie działała poprawnie, więc w efekcie krążenie po obcym mieście nie poszło tak gładko, jak by się chciało. Taksówki się nie weźmie, bo nie ma czym zapłacić i najpierw trzeba by się jeszcze dogadać z kierowcą. Ludzie w większości nie są przesadnie entuzjastycznie nastawieni do pomocy ani tym bardziej do przełamywania barier językowych. Nie udało się wejść na Plac Tiananmen - okazało się, że trzeba sobie wcześniej wejście zarezerwować, a wśród licznych internetowych porad i ostrzeżeń na taką wzmiankę żadna z nas nie trafiła. Wszędzie bramki i ogrodzenia, więc trudno było go też sensownie obejść.

Odwiedziłyśmy bardzo ładną Świątynię Nieba, razem z tłumem innych ludzi - koleżanka była tam kiedyś i pamiętała, że było pusto, ale teraz była sobota i podobno jakieś święto. Można było zajrzeć również do wnętrza, ale musiałabym się najpierw dokształcić, żeby rozumieć, na co patrzę. Pozostało mi podziwianie estetyki. Niektórzy, szczególnie kobiety, byli poprzebierani w tradycyjne stroje i robili sobie w nich zdjęcia, w innych częściach miasta też było ich widać, podobnie w metrze - ciekawe urozmaicenie. 






Po odrobinie błądzenia, w tym niechcianego spaceru wzdłuż drogi i blokowisk (te wyglądają jak w Europie, tylko wszystko jest większe i rozleglejsze), trafiłyśmy do Parku Beihai i tam mi się spodobało: drzewka, jeziorko, a poza tym stoiska z jedzeniem i jeszcze więcej ludzi niż przy świątyni.



Można by było zostać dłużej, ale chciałyśmy zdążyć na zachód słońca w innym parku, Parku Jingshan, gdzie ze wzgórza widać Zakazane Miasto. Kiedy tam dotarłyśmy, było już ciemno, więc z podziwiania Zakazanego Miasta nici, pozostał nocny widok na oświetlone obiekty. 

Tu miał być widok na Zakazane Miasto, ale zmrok był szybszy



Potem długi spacer do kolejnej stacji metra, z przystankiem na zdjęcia, i jazda w okolice ulicy Qianmen. Też pozagradzane. Policjant stojący przy luce w barierkach wskazał inne wejście, wyposażone w bramki, kamerki i większą ekipę - no tak, przecież trzeba się wylegitymować, nie można sobie wejść tak po prostu anonimowo. Przy ulicy dużo ciekawych budynków, sklepiki z pamiątkami, światła, wzory i kolory. Zjadłyśmy pierożki w jednej z restauracji i skorzystałyśmy z wifi - mówią, że w Chinach znane nam komunikatory nie działają, ale działały. Większy problem był z toaletą, bo tej w restauracji brak. Poszłyśmy zatem na herbatkę do McDonaldsa, bo, jak wiadomo, w McDonalds zawsze jest wc i zawsze po to się tam idzie - nie tutaj, tutaj nie ma. Jest na zewnątrz, publiczne, kawałek dalej. Doceniam, że mają te publiczne toalety dostępne, ale halo, jak to może nie być w McDonalds? W tej publicznej większość to były te kucane, jedna kabina dla niepełnosprawnych była w zachodnim stylu. Kucane nawet bywają sensowniejsze, bo mniejsze ryzyko dotknięcia czegokolwiek, a i pozycja ponoć zdrowsza, ale dla Europejczyka bywa to jednak uciążliwe.

 





Tu też zagrodzone i pilnowane, ale policjant odsunął się z kadru

Sprawiłam sobie magnesy, potem w domu tłumaczyłam, co jest na nich napisane. Trochę zraziła mnie kwestia "Niech żyje Chińska Republika Ludowa" na jednym, bo nie żywię do Chińskiej Republiki Ludowej na tyle ciepłych uczuć, żeby sobie wieszać takie hasła na lodówce, ale to był tylko cytat, hasło wypisane na budynku mauzoleum Mao (dlaczego oni wszyscy muszą mieć mauzolea?), którego nie dane mi było zobaczyć przez brak rezerwacji. A oprócz magnesów skusiłam się na zawieszki z kotkami - dopiero w domu zauważyłam, że one mają napisy po... japońsku. Wszędzie na świecie kupując pamiątki trzeba pilnować, żeby nie były "Made in China", a w Chinach akurat trafiasz na niechińskie ;) Chciałam jeszcze herbaty, ale już nie było czasu na szukanie i wybieranie.

Popularna przekąska, wygląda na coś słodkiego (nie próbowałam)

Z innych kwestii, przed którymi nikt nie ostrzegał, na lotnisku w Pekinie było bardzo zimno, muszą go w ogóle nie ogrzewać, a na dworze w nocy było ledwo powyżej zera. W drodze powrotnej już wiedziałam, że muszę mieć pod ręką dodatkowy sweterek i legginsy termiczne.

Inna ciekawostka: po Pekinie jeździ pełno samochodów elektrycznych. Nie wiem, czy wszystkie, ale większość na pewno. Cała ulica w samochodach, a cicho i bez spalin. Co prawda mam mieszane uczucia, bo baterie z czegoś trzeba produkować i potem utylizowac zużyte, ale nie można powiedzieć, że Chińczycy ignorują globalne trendy albo że z ich strony to tylko ściema i propaganda.



Komentarze

  1. Ciekawa relacja, z pierwszej ręki i wiele mnie zdziwiło, warto samej wiele sprawdzić.
    Chiny, moje marzenie, zawsze chciałam się tam wybrać drogą smaków, bo uwielbiam, no i zobaczyć to i owo po filmie Ostatni Cesarz.
    Zdjęcia świetne, dobrze że choć tyle udało Wam się zwiedzić, a napisy? większość turystów pewnie nie odczyta...
    Śniadanie w samolocie super!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy czyta się cudze relacje i porównuje z własnymi doświadczeniami, widać, że często każdy miewa inny odbiór.
      Jeden kolega mówił, że od czasu do czasu lubił pojechać do Chin, żeby zjeść coś ciekawego :)

      Usuń
    2. Dlatego lubię czytać na blogach relacje ze znanych mi miejsc, każdy zauważa co innego lub inaczej:-)

      Usuń
  2. Czytam Cię z ogromnym podziwem za te dalekie i egzotyczne podróże:) Nie wiem, czy bym się odnalazła w wielkim mieście, z barierą językową i bez działającej mapy🫢 Zdjęcia i te ich budowle są niesamowite. Kolory ożywiają okolice. A samochody elektryczne.. może się okazać, że baterie i ich utylizacja są jednak mniej szkodliwe, niż wdychane spaliny..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak już jesteś, nie ma wyjścia :D Trzeba było pytać ludzi i liczyć na to, że nie uciekną na samo pytanie, czy mówią po angielsku ;) Na dłużej najwygodniej mieć lokalną kartę sim i internet, przed epoką startfonów było trudniej :)
      Doraźnie elektryczne na pewno mają mniejsze negatywne skutki, jest czyściej i bez hałasu.

      Usuń
    2. A, zapomniałam dodać, że moja towarzyszka była już kiedyś w Chinach i trochę polegała na swojej pamięci, np. że gdzieś powinien być jakiś mostek i tam trzeba iść 😀

      Usuń
  3. Najlepiej samemu sprawdzić. Bardzo ciekawa fotorelacja!
    Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do mnie, oczywiście 🙂.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wszystko się da, ale chciałabym kiedyś więcej Chin zobaczyć ;)

      Usuń
  4. Ale masz fajne wspomnienia!
    https://okularnicawkapciach.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. No widzisz, dołączyłaś do współpracowników, którzy byli w Chinach 🙂. Niby to tylko kilka godzin a zobacz ile zobaczyłaś i jakie obserwacje poczyniłaś. Ale może tak to jest kiedy mamy niewiele czasu, zmysły pracują na pełnych obrotach żeby zapamiętać jak najwięcej. Śmiesznie, bo w Chinach made in China oznacza produkty lokalne hi hi hi i raczej takich powinno się szukać. No chyba że się trafi na japońskie 😀

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę tak to jest. Zastanawiałam się, jak będę w tym Pekinie funkcjonować, bo musiałam wstać na samolot w środku nocy, a nie udało mi się wcześnie zasnąć i przespałam jakieś dwie godziny plus potem drzemka w samolocie, ale w tych okolicznościach mój organizm się zmobilizował i czułam się zupełnie rześko :) Chociaż nie ukrywam, że przydałoby się więcej czasu, zdecydowanie wolę zwiedzać na spokojnie. W pewnym momencie koleżanka się śmiała, że moim głównym wspomnieniem z Pekinu będzie jazda metrem ;)
      Obejrzałam te zawieszki ze wszystkich stron, przetłumaczyłam wszystkie napisy i nigdzie nie umiem znaleźć, gdzie to wyprodukowane. Może w Chinach na rynek japoński, tylko czemu w takim razie sprzedawali to w chińskim sklepie z pamiątkami? :D

      Usuń

Prześlij komentarz