Od dawna myślałam o Wietnamie. Kiedy rozważałam wycieczki do Azji, to - nie licząc Japonii dawno temu - właśnie ten kraj przychodził mi do głowy. Sama nie wiem, dlaczego. Pamiętam, jak kiedyś w Gruzji, schodząc z cerkwi Świętej Trójcy w Kazbegi, miałam okazję przysłuchiwać się rozmowie dwóch turystów i jeden bardzo Wietnam zachwalał - może to był jeden z impulsów? W każdym razie w końcu nadszedł ten moment. Niedawno wróciłam i muszę powiedzieć, że nie zawiodłam się, Wietnam zrobił bardzo sympatyczne wrażenie, szczególnie północna część. Mili, pomocni ludzie, choć czasami za bardzo narzucający się (w końcu każdy chce zarobić...) lub przesadnie usłużni, pyszne jedzenie, piękne miejsca do zobaczenia i atmosfera, w której dobrze się czułam. Nie wszystko mi się oczywiście podoba, jak wszędzie. Są pewne wady typowe dla tego regionu, jak traktowanie zwierząt czy widok kilkuletnich dzieci pozostawionych samych sobie (choć tego drugiego poza górami nie zaobserwowałam). Dziwi mnie polityka tworzenia niektórych atrakcji sztucznie i na siłę. Za to pozytywnie zdziwiłam się, że od 2018 roku mają swoją markę samochodów elektrycznych, całkiem sporo ich tam jeździ - w Polsce się nie da, w Wietnamie się da. Niektóre modele tak nowoczesne i przekombinowane, że nie umiałam drzwi otworzyć.
Spędziliśmy kilka dni w północnej części kraju: w Hanoi, robiąc sobie z niego wycieczki, i w górach przy chińskiej granicy; potem chwilkę w centralnej części, chwilkę na wyspie Phu Quoc i na koniec dwa dni w Sajgonie, który obecnie nosi nazwę miasta Ho Chi Minh. Trudno mi wybrać najlepszy punkt, bo konkurencja jest spora, za to najsłabszy to zdecydowanie Phu Quoc. Nawet jeden z kierowców opowiadał, że on pochodzi z północy, tutaj przyjechał niedawno, a w grudniu stąd wyjeżdża i nie zamierza już nigdy wracać.
 |
| Hanoi |
 |
| Hanoi |
 |
| Ha Long |
 |
| Ninh Binh |
 |
| Fansipan - Dach Indochin |
 |
| Sa Pa |
 |
| Da Nang |
 |
| Phu Quoc |
 |
| Sajgon |
 |
| Sajgon |
W międzyczasie był też krótki wypad do Kambodży, głównie po to, żeby
zobaczyć Angkor Wat. Wspomniany kierowca skrzywił się na kambodżańskie
plany i doradził, żeby lepiej jechać do Tajlandii, ale potem zmienił się
temat, a do tego kierowca mówił za cicho i jego angielski był ciężki do
zrozumienia, więc nie dopytywałam już o uzasadnienia. Kambodża również
okazała się bardzo przyjazna, mimo średniego pierwszego wrażenia:
przyjechaliśmy późnym wieczorem, w okolicy było pusto i ciemno, a już na
lotnisku przeraziła mnie ilość owadów. Trochę jak taka biedniejsza
Tajlandia: i architektonicznie, i mentalnie widać dużo podobieństw.
Chociaż przyznam, że potem do Wietnamu wracałam z poczuciem, jakbym
wracała do domu, do czegoś znanego i oswojonego, i nawet doznałam
cudownego ozdrowienia z przeziębienia, z którym podczas kambodżańskiego
pobytu miałam pecha walczyć.





Pogodowo było różnorodnie: albo przyjemne ciepło, albo chłód i wilgoć, albo upał. Ogólnie mieliśmy sporo szczęścia i dobrze trafialiśmy, poza centralną częścią kraju, gdzie było do przewidzenia, że będzie deszczowo - trochę mniej przewidzieliśmy, że również tak mgliście. Nie ma chyba takiego momentu, który byłby odpowiedni na cały długi kraj. W tym roku Wietnam był mocno nękany przez tajfuny i powodzie, ale całkiem sprawnie się po tych powodziach zbierają, na tyle, że dla turysty to w zasadzie nie problem, o ile oczywiście nie trafi w sam środek - choć nie da się ukryć, że w wielu miejscach skutki powodzi są dość dramatyczne.
Kilka razy musiałam opuszczać swoją strefę komfortu. Nie ma to jak bać się owadów i lecieć do kraju położonego w gorącym klimacie, gdzie standardy mają nieco inne niż u nas. Nie ma to też jak w takiej sytuacji wybierać nocleg z wejściem od ogrodu albo w domku otoczonym lasem - co może pójść nie tak? ;) Na sam koniec wycieczki, zbierając się do wyjścia przed wylotem przepłoszyłam jednego robaczka w łazience (pewnie wrócił do kanalizacji) i zabiłam w pokoju coś wijącego się - stwory chyba pokazały mi się po to, żebym za bardzo nie tęskniła ;) W powrotach do domu zawsze najbardziej lubię powrót do swojej własnej łazienki i tym razem też doceniłam: ciśnienie wody normalne i zasięg węża prysznicowego również, nie muszę się schylać do mycia włosów ani gimnastykować w inny sposób. Oni tam często miewają dziwne rozwiązania łazienkowe i na przykład słuchawka prysznicowa wisi sobie tak po prostu, bez żadnych ścianek ani zasłonek: kiedy bierzesz prysznic, cała łazienka bierze prysznic. Nawet mi to nie przeszkadzało, a mniej zakamarków, gdzie może się gromadzić brud i pleśń - a zawilgocony pokój ze słabym przewiewem też się trafił, uroki ciasnej zabudowy starej części Hanoi. Czasami, ale to w restauracjach i innych miejscach usługowych, widziałam też, że odpływ z umywalki nie był nigdzie podłączony, tylko była rura prowadząca do kratki odpływowej w podłodze. Po co się przejmować drobiazgami ;) Zaskoczyło mnie też, że ubikację w postaci dziury w ziemi spotkałam tylko raz (nie licząc przesiadkowego Pekinu, tam więcej).
Szybko trzeba było opanować przechodzenie przez jezdnię. Za pierwszym razem przeprowadził nas kierowca, który nas przywiózł z lotniska. Mistrzynią nadal nie zostałam, czasami przed próbą przejścia przez ruchliwą ulicę musiałam sobie westchnąć i zebrać siły, ale zawsze się jakoś przeszło. Trzeba wyrzucić z głowy wpojone zasady: nie można czekać, aż będzie pusto ani aż pojazdy się zatrzymają, bo nie
zawsze się człowiek doczeka. Można iść na pasy, ale to wiele nie pomoże. Najbardziej lubiłam podczepić się do kogoś miejscowego i iść jak z żywą tarczą, jednego gościa nawet pilnowałam, żeby mi nie uciekł i żebym mogła go wykorzystać w dalszej drodze ;) Kiedy są światła, jest łatwiej: na zielonym wystarczy uważać na tych, którzy skręcają, a najlepiej przejść, zanim się zmieni, w tej krótkiej chwili, gdy jedni już stoją, a drudzy jeszcze nie ruszyli. Można by pomyśleć, że na chodniku jest bezpiecznie, ale nie ma tak dobrze: po chodniku też czasami przejedzie skuter ;) A czasami trzeba z chodnika zejść na jezdnię, bo jest zbyt zastawiony i nie da się przejść. Ale ludzie jeżdżą raczej powoli, zresztą wszystko robią raczej powoli ;)

 |
| Do startu, gotowi, zielone! |
Przejechałam się superwygodnym autobusem z miejscami do spania - spać też próbowałam i naprawdę się da! Szkoda tylko, że ten, w którym zależało mi na spaniu, już o drugiej w nocy dotarł na lotnisko i trzeba było wysiadać... Na zwyklejsze autobusy też nie narzekam. Zależało mi również, aby przejechać się pociągiem i to udało się na krótszym odcinku: pociąg był dość stary i niespecjalnie zadbany, jechał powoli i miał opóźnienie, ale też nie było na co narzekać. Byłam pod wrażeniem cateringu: oprócz tego, że sprzedawano napoje i pakowane przekąski, można było zamówić konkretniejszy posiłek i w pewnym momencie pojawili się panowie z wózeczkiem, a tam ryż i mięso z warzywami na ciepło.
 |
| Takie tam w autobusie |
 |
| Posiłek w pociągu |
Leciałam chińskimi liniami, bo była tania oferta i przy okazji można było odwiedzić również Pekin. Inne linie też miewały dobre ceny, ale wielogodzinna przesiadka w Pekinie, umożliwiająca wyjście na miasto, okazała się bardzo mocnym argumentem, w pewnym momencie napaliłam się na to bardziej niż na resztę podróży. Opinie o przewoźniku widziałam przeróżne, w tym dużo złych (że topornie, że opcje posiłków szybko się kończą i zostaje się cały lot o misce ryżu, że personel nie mówi po angielsku), ale pomyślałam, że najwyżej będzie śmiesznie, tymczasem pozytwnie się zaskoczyłam. Oferta
rozrywkowa na pokładzie faktycznie nie jest bogata, jest mały wybór
filmów, napisy są angielskie i chińskie albo tylko chińskie w przypadku
filmów anglojęzycznych, ale znalazłam tam hiszpańskie filmy, które
chciałam obejrzeć, a których nie umiałam znaleźć w Polsce poza
pojedynczymi seansami festiwalowymi. Miejsca na nogi całkiem sporo.
Jedzenie w jedną stronę bardzo dobre, w drugą gorzej, ale to też wina
moich uprzedzeń (była na przykład jajecznica z kiełbaską i ten zapach chińskiej
kiełbaski, zapamiętany jeszcze z ulicy, odrzucił mnie od całości; żałuję, że wzięłam zachodnią opcję śniadania, mogłam zaryzykować z chińską ryżową owsianką, która była bezkiełbaskowa). Ogólnie doświadczenie było nie gorsze niż
pamiętam z Lufthansy czy Turkish, a pod względem ilości miejsca czy
posiłków wręcz lepsze (te lufthansowe jajecznice też wybitnie apetyczne nigdy nie były). Jedyne, co mnie zaskoczyło, to puszczony po informacjach na temat zasad i bezpieczeństwa komunikat oznajmiający, że pasażer, który będzie się źle zachowywał, zostanie ukarany ;) - tak naprawdę to działa wszędzie, ale nikt tego tak nie ogłasza. I że zgodnie z chińskim prawem pokład samolotu jest przestrzenią publiczną i może być nagrywany.
W "Misiu" jest scena, gdzie przestrzega się podróżnych, że będą w kraju kapitalistycznym, który ma dużo plusów, ale żeby te plusy nie przesłoniły im minusów. Miałam z tyłu głowy coś podobnego, tylko że na odwrót: lecisz do kraju komunistycznego, z przesiadką w innym kraju komunistycznym, autorytarnym, może i coś ci się spodoba, ale uwaga na minusy. Mama naoglądała się jakiegoś programu i zapytała mnie, czy widać, że Wietnam to kraj komunistyczny - w warstwie symbolicznej owszem, bo mają czerwoną flagę z gwiazdą, a na ulicach jest pełno flag z sierpem i młotem i plakaty w charakterystycznej estetyce, nawet Lenina można znaleźć, ale poza tym tak na oko to po prostu kraj Azji Południowo-Wschodniej. Ilość wizerunków Ho Chi Minha nie umywa się do ilości i rozmachu wizerunków króla w Tajlandii. Często widać ciekawy miks: świąteczne dekoracje (bo w końcu był już listopad, to najwyższy czas), światełka, lampiony i te flagi z sierpem i młotem, wszystko naraz ;) Pekin to już co innego: symboliki nie ma, za to widać sporo policji i różnej maści ochrony, jest skanowanie bagażu przy wejściu do metra i do wybranych obiektów, punkty kontrolne z kamerkami, gdzie trzeba się wylegitymować, i pełno kamer. Twarz zeskanowali podczas formalności granicznych, razem z odciskami palców. Anonimowości tam nie zachowasz. A jako biały człowiek jest się skanowanym tym bardziej.

Bardzo ciekawa relacja, może dlatego, że byłem na wycieczce w Wietnamie i powróciły dobre, stare wspomnienia.
OdpowiedzUsuńTu ograniczę się tylko do uwagi naszego wietnamskiego przewodnika na temat przechodzenia przez jezdnię - jeśli ktoś z tyłu na ciebie trąbi to oznacza - jestem za tobą, większy i silniejszy od ciebie i znam swój cel. Mam nadzieję, że ty też znasz swój - kontynuujmy naszą podróż w spokoju.
Jeśli nikt nie trąbi... to oznacza to samo.
Pełna relacja tutaj ==> https://poledownunder.blogspot.com/2017/03/our-man-in-vietnam-1.html
O tak, zauważyłam coś podobnego na temat trąbienia: to takie ostrzeżenie "uwaga, jadę" ;) Uznałam to nawet za pomocne, bo wtedy wiadomo i bez rozglądania się, żeby uważać i nie zbaczać z kursu :)
UsuńRelację chętnie przeczytam :)
Widuję w biurach podróży reklamy nowych kierunków, jest także Wietnam!
OdpowiedzUsuńTwoja wyprawa bardzo bogata we wrażenia i urozmaicona.
O tej usłużności słyszałam, dla wielu Europejczyków to pewnie krepujące.
Dla mnie nawet luksus hotelowy bywa krepujący, nie przywykłam do specjalnego traktowania.
Opis przechodzenia przez jezdnie rewelacyjny, niczym szkoła przetrwania!
O autobusach z miejscami do spania nie słyszałam, w ogóle dziś same ciekawe rzeczy u Ciebie, super!
Jest to dziwne uczucie, kiedy np. dziewczyna mniejsza o 1/3 zabiera ci bagaż. Albo zapraszamy kierowcę na kawę, a on leci zamawiać za nas i jeszcze coś donosi do stolika. Przychodzisz do pierwszej lepszej skromnej rodzinnej restauracji i ktoś ci krzesło odsuwa, jak jakiś kamerdyner (ale stolik wymaga przetarcia ;)).
UsuńAutobusy do spania istnieją też w biedniejszych, mniej komfortowych wersjach, ale to i tak ciekawy wynalazek. Pociągi z miejscami do spania też są popularne, ale pociągi to my też mamy.
Podczas przechodzenia przez jezdnię czasami miałam uczucie, że dosłownie pakuję się pod koła, miejscowi robią to z większym spokojem :)
Wiernam to zsdecydowanie kraj, który chciałabym odwiedzić. Wszyscy zawsze stawiają na Tajlandię, a ja wolałabym Wietnam. Kambodża też super. W tamtej świątyni kręcili kawałki z Lary Croft - chętnie bym pooglądała na żywo.
OdpowiedzUsuńDla mnie też zawsze Wietnam był celem numer jeden. Teraz, gdy mam porównanie, chyba nadal wzbudza największą sympatię, chociaż jeśli komuś zależy na plażach, Tajlandia jest zdecydowanie lepszym wyborem, wybór mrożonych herbatek i smoothie też mieli większy. Ale za to w Wietnamie miasta mi bardziej odpowiadają, bo mają jakieś sensowniejsze dla mojego europejskiego gustu centra. Kambodża pod kilkoma względami mnie zaskoczyła, choćby cenami czy znajomością angielskiego wśród miejscowych, ale byłam w turystycznym mieście, więc pewnie dlatego.
UsuńFilmów o Larze Croft nie widziałam, ale zależało mi, żeby świątynię Ta Prohm, która się z nią kojarzy, uwzględnić w planie zwiedzania - a podobno kręcono również w innych.
Ciekawi mnie zwłaszcza Twój opis drobiazgów, które dla przeciętnego turysty umykają: sposób funkcjonowania łazienek, przepisy ruchu drogowego w praktyce, czy drobne przyjemności w transporcie publicznym. To właśnie takie szczegóły nadają relacji autentyczności i sprawiają, że można się poczuć jakby się podróżowało razem z Tobą.
OdpowiedzUsuńJa jednak twoerdzę, że to szczegóły, które trudno przeoczyć :)
UsuńWietnam znam tylko z filmów o wojnie i kuchni wietnamskiej ktora jest baaardzo dobra.
OdpowiedzUsuńKuchnię wietnamską również lubię, a filmów chyba żadnych nie widziałam, w ogóle w temacie wojny znałam raczej narracje ze strony północnowietnamskiej i byłam trochę zaskoczona, że dla mojego kolegi wizyta w muzeum wojny w Ho Chi Minh to było spotkanie z inną wersją historii, bo dla mnie to nie było nic nowego.
UsuńFajowa wyprawa i super, że przy okazji udało Ci się zobaczyć Angkor Wat! Myślę o Wietnamie jako o celu jednego z przyszłorocznych urlopów, mam dylemat między nim a Sri Lanką. Albo połączenie Wietnamu i Laosu, Wietnam chodzi za nami od dawna a na Sri Lankę mieliśmy już bilety ale nie polecieliśmy przez ataki terrorystyczne kilka dni przed naszym urlopem. Ciągnie mnie i tu i tu ale ostatnio częściej otrzymuję od losu znaki, żeby wybrać Wietnam bo ktoś był 😃. Sri Lanka z kolei wydaje mi się bardziej egzotyczna...
OdpowiedzUsuńSri Lanka chyba jest ciekawsza przyrodniczo, przynajmniej w moich wyobrażeniach, więc jest nad czym myśleć. W Wietnamie miejscami trochę za dużo ludzkiej ingerencji. Mnie ciekawił najbardziej, więc wybór miałam łatwy, jeden z towarzyszy podróży sugerował też Tajlandię, ale ja i inna koleżanka już byłyśmy i raczej wybrałybyśmy inne miejsca niż osoba lecąca tam po raz pierwszy.
UsuńO Laosie za wiele nie wiem, poza tym, że czasami ludzie łączą go z Wietnamem i że z chęcią przeczytałabym relację 😀 Przed wyjazdem zaobserwowałam sobie na fb wietnamskie wiadomości, żeby być na bieżąco z sytuacją powodziową, i teraz algorytmowi zdarzyło się podsunąć mi również newsa z Laosu (np. o planach nowej kolei ;)).
Niekoniecznie mój wymarzony kierunek ale poczytam zawsze chętnie 🙂 pozdrawiam serdecznie i zapraszam do mnie oczywiście ♥️
OdpowiedzUsuńTo dobrze, bo nie powstrzymam się od dokładniejszych relacji :D
UsuńAutobus z miejscem do spania? wiedziałam, że są takie w Japonii ;) Ale dużo podróżujesz ostatnio! ja chyba tylko praca-dom:)
OdpowiedzUsuńhttps://okularnicawkapciach.wordpress.com/
Te lepsze wietnamskie spokojnie by i do Japonii pasowały :D
UsuńW tym roku faktycznie całkiem sporo się zebrało.
Uwielbiam czytać Twoje relacje z podróży - bardzo mnie kusza tamte rejony - kiedyś myslałam, aby połaczyć zwiedzanie Tajlandii i Wietnamu, ale zostaniemy na ten moment przy samej Tajlandii, aby sie nią nacieszyć w przyszłym roku. rozumiem Twoją niechęć do owadów - mam podobnie.
OdpowiedzUsuńTajlandia i Wietnam razem to może być za dużo, jedno musiałoby być bardzo wybiórczo. A i tak nie da się podczas jednego wyjazdu zobaczyć wszystkiego, poza tym potem zaczyna się powtarzać. Takie Ha Long to na przykład widoki podobne jak Tajlandia, na zdjęciach z Filipin też coś takiego widziałam, ale jednak trochę inne.
UsuńW takich krajach niestety owadów jest pod dostatkiem i czasami włażą do budynków, ale przeżyłam bez traumy 😅 Zresztą nie trzeba daleko szukać, w takiej Hiszpanii karaluchów też nie brakuje, a nawet w Niemczech raz mi powlatywało do pokoju tyle stworzeń, że miałam noc z głowy...