Tajskie historyjki
W Bangkoku przeszłam sama siebie w kwestii dawania rad. Staliśmy przed wejściem na stację kolejki i planowaliśmy trasę. Ktoś podszedł i zapytał, gdzie tu się kupuje bilety, na co odpowiedziałam, że tam na stacji są automaty. Nie wiedziałam tego, nie byłam wcześniej na tej stacji ani nawet na innej stacji tej kolejki, dopiero co przyjechałam, a dotarłam do hotelu metrem. Ale automaty były :) Chwilę później podszedł ktoś inny i zapytał, dokąd chcemy dotrzeć (i nie był to taksówkarz, zwykła para przechodniów), tak więc dla jednej osoby wyglądasz na zorientowanego, którego można zapytać o wskazówki, a dla innej w tym samym momencie na zagubionego, który sam potrzebuje rady.
Zgubiłam kluczyk do walizkowej kłódki. Wiedziałam, że to się kiedyś stanie. Pamiętałam, że przed wyjściem z hotelu otwierałam walizkę, potem zamykałam, założyłam kłódkę, ale co się stało z kluczykiem, nie miałam pojęcia. Ale niepotrzebnie się tym denerwowałam. W kolejnym hotelu zapytałam na recepcji o jakieś narzędzia, na co pani odpowiedziała, że kogoś przyśle. Przyszedł facet wyposażony w kombinierki i śrubokręt, złapał, przekręcił i w dwie sekundy było po kłódce i mogłam się dostać do walizki :) Pan był bardzo z siebie zadowolony, a ja z niego :) Już wiem, jak łatwo można taką kłódkę rozwalić :)
Zgubiłam się też raz w hotelu :) Dla usprawiedliwienia zaznaczę, że to było tuż po przeprowadzce i po powrocie ze spaceru do sklepu, podczas którego poczułam się zagrożona, o czym niżej. Zapomniałam, jaki mam numer pokoju. Miałam, dajmy na to, 709, a zapamiętałam 907. Na dziewiątym piętrze nie było jednak pokoju numer 7 - może to i lepiej, choć gdyby był, albo by ktoś otworzył sprawdzić, kto się dobija, albo poszłabym na recepcję, że karta mi nie działa. Niepewna, co właściwie pokręciłam, chodziłam po kilku piętrach i próbowałam przykładać kartę do róznych drzwi - przepraszam lokatorów za niepokojenie ;) Nie wiem, czemu nie przyszło mi do głowy spróbować pod właściwym numerem. Nastroju nie poprawiało, że na korytarzu nawet wieczorem było za gorąco. W końcu poddałam się. Ze współpracownikami mieliśmy pokoje obok siebie, więc ujawniłam swoje nieogarnięcie i po prostu do jednego napisałam o pomoc. Od teraz wolę mieć ze sobą karteczkę z numerem.
Zawsze omijały mnie spotkania ze zwierzętami, które chętnie bym zobaczyła. O Lumpini Parku w Bangkoku usłyszałam, że można tam spotkać warany - żaden się nie pokazał. Na Bamboo Island chłopaki jednego spotkali, ale ja akurat polazłam w inne miejsce i mnie ominęło. Z kolei na Railey tuż obok znajomych przeleciała kolorowa papuga - byłam tam w tym samym dniu i nic, żadnych papug. Warany na Railey też bywają, ale widziałam tylko na instagramie. Warany i papugi są dla zarządu pani kolegów, dla pani, pani Kataszo, są małpy. I psy. Większość spotkanych w tym kraju psów nic nie robiła - dosłownie, one tylko leżały, ledwo otwierały oko, żeby zobaczyć, kto przechodzi obok, a kiedy zawracaliśmy samochodem na czyimś placu, leżący tam pies nawet się nie zainteresował, czy nie ma zagrożenia. Pewnego wieczora, po przeprowadzce do innego hotelu (tego od poszukiwań pokoju), poszłam się przejść już po ciemku w poszukiwaniu najbliższego sklepu i nagle usłyszałam kilka ujadających głosów. Natychmiast zawróciłam i zaczęłam się szybkim krokiem oddalać - już miałam wizje, jak goni mnie wataha tajskich dzikich psów. Był tam pusty, zarośnięty plac, od strony głównej ulicy osłonięty billboardem, i one tam miały jakąś swoją bazę. Potem nawet z hotelowego korytarza, który miał okna na tamtą stronę, słyszałam ich głosy... Unikałam chodzenia tamtędy, dopiero na sam koniec odważyłam się iść do restauracji, do której trasa prowadziła obok. Psów nie było, ale było jeszcze jasno, a kończąc posiłek widziałam przez okno, jak chodzą po chodniku, jakby właśnie się zbierały, i wracałam również z pewnym niepokojem. Można by było iść drugą stroną jezdni, ale to kilkupasmowa ruchliwa miejska droga, co oznacza, że musiałabym dużo nadłożyć, żeby przejść bezpiecznie.
Z milszych zwierząt były też rzecz jasna koty. Niechętnie pozowały do zdjęć - nic nie dajesz, to spadaj. Za to jeden mały, chudy kociak najwyraźniej bardzo chciał zostać adoptowany: kiedy pewnego wieczora pojechaliśmy odebrać pranie, wskoczył do bagażnika i trudno było go przekonać do wyjścia :)
![]() |
| Wsiadam i jadę z wami! |
Wspominałam kiedyś o zasadach bhp w fabryce. Jedną z nich było noszenie kasku i długich rękawów. Wymóg kasku podczas przestoju jest zrozumiały, bo wykonywane są różne prace i może być niebezpiecznie. Podobnie buty ochronne czy kamizelka. Długie rękawy mniej (co innego, gdyby obowiązywały tylko przy konkretnych pracach), ale tego aż tak nie egzekwowano. W czasie normalnej produkcji też można by nakaz noszenia kasku zrozumieć, gdyby nie to, że dotyczył tylko zewnętrznych kontraktorów, a pracowników zakładu już nie: to jest zagrożenie czy go nie ma? Przy stoliku można było siedzieć bez, ale idąc nawet do toalety już teoretycznie trzeba było założyć. Miejscowe utrzymanie ruchu mogło sobie chodzić po linii i nie mieć, widać oni mają głowy odporniejsze na urazy.
Jeszcze w związku z bhp, pewnego dnia podczas powrotu z obiadu przydarzył mi się wypadek. Otóż weszłam głową w metalowy pręt wystający z paki samochodu, akurat na wysokości tuż nad moimi brwiami. Miałam już na głowie kask, ale co z tego, skoro trafiło pod nim... Usłyszałam "uważaj!" dopiero, jak już było za późno. A to wszystko przez te idiotyczne rękawy, bo zakładałam je, idąc, i nie patrzyłam przed siebie. I oczywiście przez ten samochód zostawiony tak bez pomyślunku. Byłam tak wściekła, że aż musiałam iść do toalety sobie popłakać. Od razu przyłożyłam sobie puszkę z zimnym napojem, a pod wieczór poszłam do apteki, gdzie dostałam kompres i maść i gdzie pani mnie nastraszyła komentując "ojej, jakie to duże", co wzmocniło moje wyobrażenia, jak robi mi się z tego wielki kolorowy guz. Na szczęście wcale takie duże nie było i ślad nie był mocno widoczny, nawet nie musiałam się malować ;)
![]() |
| A tak wyglądało bhp gdzieś na ulicy w Chiang Rai - pan kuje chodnik w japonkach, ale kask na głowie ma |
Dziwnym zjawiskiem byli salutujący portierzy. Na własną rękę wybierałam hotele skromniejsze, ale w tych, które brała firma, zawsze stał człowiek od wpuszczania samochodów i ci ludzie salutowali kierowcom, z poważną miną, jakby byli na ważnej misji. Ale gdy wyjeżdżaliśmy ostatniego dnia i liczyliśmy na ładne pożegnanie, pan nie zasalutował, siedział i patrzył w telefon :(
Tajlandia jest krajem, gdzie nielegalne są e-papierosy, natomiast legalna jest (czy raczej była, podobno niedawno się to zmieniło) marihuana. Co prawda na stronach polskiego MSZ odradzano, bo policja może mieć różne podejście, ale można było sobie normalnie kupić w specjalnym sklepie i nie wydawało się, aby ktokolwiek miał mieć z tym problem, jedynie w niektórych miejscach, gdzie nie życzono sobie palenia, umieszcano znaczek przekreślonego liścia. Sklep w środku wyglądał trochę jak herbaciarnia: na ladzie stały słoje z różnymi rodzajami suszu, opisanymi, który jak ma działać, sprzedawca doradzał, co wybrać. Na życzenie można to było dostać od razu w formie skręta. Pełen serwis.
W Rayong poszliśmy kiedyś do całkiem fajnego lokalu: pub z restauracją, taki z lepszych, ale normalny, to znaczy nie typowo pod przyjezdnych. W recenzjach znalazłam opinię jednego Polaka, że też mu się podobało, że poza nim i jego kolegą nie było farangów, czyli obcokrajowców z Zachodu ;) Bardzo ciekawy wystrój, z rzeczkami, jeziorkami i fontannami - trzeba tam uważać, żeby nie wpaść do wody ;) Trochę nadgorliwa obsługa, wolę, kiedy ludzie tak nie skaczą wokół klientów. Była też muzyka na żywo: zespół złożony z młodych ludzi śpiewał po tajsku. Nie jestem wielka fanką muzyki po tajsku, jeśli mam jej słuchać dłużej, bo brzmi specyficznie, ale piosenki były wpadające w ucho i przynajmniej nie jakieś generyczne ani wyłącznie po angielsku i hiszpańsku, jak pamiętam z Krabi.
Na stoiskach drogeryjnych w tajskich sklepach namiętnie oglądałam kosmetyki. Miałam świadomość, że Azjaci mają obsesję na punkcie koloru skóry i dużo produktów ma substancje rozjaśniające. Na przykład leżał jeden żel do mycia obiecujący "baby face", a obok inny, z napisem "WHITE baby face". Z jednej strony mnie takie preparaty kusiły, bo jak mają wybielać, to przebarwienia przecież też wybielą, a z drugiej trochę się obawiałam, żeby z tym wybieleniem nie przesadzić. Ale przesadzić może nie jest aż tak łatwo: na jednym opakowaniu widziałam zastrzeżenie w rodzaju "uwaga, nie da się trwale zmienić koloru skóry kosmetykiem". Rzuca się w oczy spory wybór koreańskich - część z nich jest łatwo dostępna w Polsce, więc te mnie nie interesowały. Kupiłam koreańskie serum z witaminą C, którego od razu zaczęłam używać i mi się spodobało, ale niestety nie umiałam go później nigdzie znaleźć. Kupiłam też kilka maseczek, tym razem tajskich. Kiedy w jednej drogerii przyglądałam się takim obiecującym instant glow, podeszła pani i zaczęła polecać inne z tej firmy, podkreślając, że są ANTI AGING. W pierwszym odruchu poczułam się dotknięta: to aż tak widać, że potrzebuję anti aging? Ale po przemyśleniu wróciłam do tej drogerii i je wzięłam :) Z jednej strony jestem fanką europejskich norm, ale z drugiej Azjatki też jakoś żyją i, przynajmniej w powszechnym wyobrażeniu, buzie mają ładne.
Na lotnisku spotkałam punkty, gdzie zamiast używac dokumentów, można użyć zarejestrowanego wcześniej skanu twarzy. Nie wiem, jak to działa i na ile to powszechne, ale trochę straszne, jak daleko idzie technologia. W fabryce podobnie: zazwyczaj tymczasowa przepustka to po prostu wydrukowana karteczka, ewentualnie czasami karta plastikowa. Tutaj trzeba było wejść na podany adres, wypełnić formularz i zrobić sobie selfie. Przy wejściu trzeba było spojrzeć w kamerkę, twarz była wyszukiwana i pojawiała się razem z danymi. Po czym pracownik podawał plakietkę, bo bez przesady z tą automatyzacją ;) Wygodne, wydawało się, że działa dobrze, zawsze szybko wyszukiwało, ale mam mieszane uczucia.


Świetne te ciekawostki, wszak ilu z nas bywa w Tajlandii?
OdpowiedzUsuńJak dobrze, że nie nadziałaś się na te druty inaczej, wolę nawet nie myśleć!
Co do bezpieczeństwa - widywałam na Zakintos ludzi na motocyklach na bosaka i bez kasku...
Z psami nie ma żartów, czasami dziczeją takie gromady i mogą zaatakować.
Gdyby pręty trafiły trochę wyżej, kask spełniłby swoją rolę. Gdyby niżej, byłaby większa szansa, że zauważę, ale gdyby jednak nie, byłoby nieciekawie.
UsuńI w Europie dbałość o bezpieczeństwo wygląda różnie :) W Tajlandii nikogo na motorze ani skuterku boso nie widziałam, ale w klapkach często. Mój współpracownik przytarł sobie w ten sposób palec na skuterze, a jeździć umie...
Kask jak widać najważniejszy!
OdpowiedzUsuńJa jestem fanką azjatyckich kosmetyków. Uważam, że nikt jak oni nie zna się na kremach BB, co to za oszczędność czasu o poranku! teraz testuję japońską maskę w słoiku i cóż, jestem już zakochana w marce i jak skończy mi się moje serum, zakupię więcej kosmetyków od nich.
okularnicawkapciach.wordpress.com
Mnie kremy BB akurat nie przekonały. Albo nie używam niczego, albo takiego, który nazywa się CC, ale w praktyce to jest podkład, no i jest fiński, nie azjatycki :) Ale maseczek i płatków pod oczy mają spory wybór i te chętnie testuję. Mam też koreański preparat na wypryski i jest super.
UsuńTeż się kiedyś zgubiłam w hotelu :)
OdpowiedzUsuńDobrze wiedzieć, że nie jestem sama :)
UsuńJa tam wszystko rozumiem - skoro jest nakaz noszenia kasku, to trzeba nosić, a jeśli nie ma zakazu pracy w japonkach to można ryzykować utratę stopy bo praca w sandałach jest zgodna z zasadami BHP :). Urazy głowy są uznawane za te największego ryzyka, jak się straci stopę to zawsze zostaje przecież jeszcze druga, o głowie nie da się tego powiedzieć :).
OdpowiedzUsuńDla mnie najgorszą zwierzęcą zmorą Tajlandii i Azji w ogóle są małpy, ale ja tych zwierząt nie cierpię! Na Phuket potrafiły wskakiwać na plecaki albo czepiać się łydek, uciekałam przed nimi ale bywało i tak, że mnie goniły bo w ogóle się ludzi nie bały. Małpy to mój największy wróg, na Gibraltarze też.
To prawda, bez stopy można żyć, bez głowy trudniej ;) Choć nasza pani od bhp nieodpowiednie obuwie na pewno by też ścigała :)
UsuńNa Gibraltarze musiałam przechodzić bardzo blisko małp, ale były grzeczne i ludzi było dużo. Tych tajskich bałam się bardziej i raz musiałam przez nie iść inną drogą. Psom też wolę w drogę nie wchodzić, ale przynajmniej nie będą próbowały wyrwać plecaka ani ukraść okularów...
Uwielbiam takie historyjki i ciekawostki. Można poznać kraj tak bliżej od tej nieoczywistej strony, a ciekawe przygody wspomina się równie fajnie jak piękne widoki. Co do numeru pokoju to zawsze mam zapisany, bo zapominam jak tylko oddalę się od drzwi :P
OdpowiedzUsuńJa zawsze liczę, że zapamiętam, ale teraz już też zapisuję!
Usuńuwielbiam takie wpisy - najbardziej mnie chyba zaskoczyli salutujący portierzy :-D I faktycznie BHP to tam tylko formalność - kask ok, ale robocze buty ( a po co ;-) ) . Kociak w bagażniku słodziak :-) I rozbawiłaś mnie z tym pokojem hotelowym- to chyba mi się nigdy jeszcze nie zdarzyło, choć pamietam, że jak byłam małym dzieckiem to pierwszego dnia jak wyszłam na zewnątrz i poszłam na plac zabaw to zgubiłam nasz domek. NA szczęście w którymś momencie wyszła mama która mnie zawołała :-D cieplutko pozdrawiam
OdpowiedzUsuńZależy gdzie, w naszym zakładzie było pilnowane tak, jak nigdzie w Europie, ale jak widać nie była to uniwersalna reguła. Tam chyba po prostu połączyli azjatyckie posłuszeństwo z niemieckim umiłowaniem zasad ;)
UsuńNie zawsze umiem z pamęci podać numer pokoju, ale pierwszy raz mi się zdarzyło, żebym musiała go szukać i, co gorsza, nie znalazła 😅
W zakładach produkcyjnych gdzie sobie latem dorabiałam podczas studiów było podobnie- pilnowali wszystkiego. Ha ha azjatyckie posłuszeństwo z niemieckim umiłowaniem zasad - dobre :-D Ja zwykle chociaż drogę kojarzę jak typowy wzrokowiec- ale faktycznie no musiało być grubo. Super ta Twoja wyprawa do Tajlandii. Chętnie czytam te wpisy bo mamy ten kierunek w planie wstępnie na przyszły rok :-)
UsuńChyba strach przed psami wykasował mi pamięć :) Wizualnie każde piętro i nawet każdy fragment korytarza wyglądały tak samo, poza tym, na które poszłam w pierwszej kolejności ;)
UsuńHahah nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się zgubić w hotelu, ale nigdy też nie byłam w Bangkoku. Jadę jednak na miesiąc do Tajlandii w grudniu tego roku, więc może i mnie to spotka :)
OdpowiedzUsuńTen jeden był taki sprzyjający gubieniu się, akurat nie w Bangkoku :) Nawet nie był duży, tylko każde piętro identyczne...
UsuńI to właśnie są wspomnienia. Wspaniale się czytało ten tekst
OdpowiedzUsuńDziękuję. Sama lubię takie.
Usuń