Różności pracowe, medyczne i serialowe
Ostatni czas jest dość męczący. Lepiej odnajduję się w mniejszych zadaniach niż w dużych, rozłożonych na kilkanaście tygodni, i to mimo że te duże są podzielone na mniejsze kawałki. Nie za bardzo umiem planować, ciężko mi przewidzieć, co zajmie mi ile czasu, mam skłonności do nadmiernego optymizmu, a najskuteczniej zmotywowana jestem wtedy, gdy zbliża się termin. Ciągnie mi się to i ciągnie, czasami wydaje się, że już wszystko ogarnięte, a tu okazuje się, że nie, czasami też klient wyjdzie z czymś niespodziewanym. W międzyczasie zdarzy się, że ktoś mi przeszkodzi z czymś innym albo pojawią się jakieś nieoczekiwane problemy (bo zabrałam się za coś, co miało być szybkie i niewymagające uwagi, a tu wystąpił problem z zewnętrznym produktem i nie wiadomo, z czego wynikał - a potem nic nie zrobiłam i nagle problemu już nie było) i to też męczy i frustruje.
Jak zawsze powtarzam, przy wyborze zawodu kierowałam się w dużym stopniu ograniczeniem konieczności pracy bezpośrednio z ludźmi. Tymczasem zdarzają się sytuacje jak niedawna, gdy robiłam za głuchy telefon między dwoma Słowakami: rozmawiałam przez telefon raz jednym, raz z drugim, i przekazywałam, co ten drugi powiedział, dodając coś od siebie, ale raczej niewiele. Dodajmy, że oni pracują w tym samym zakładzie. Dodajmy jeszcze, że ja nawet nie mówię po słowacku... Oni mówią do mnie szybko i swobodnie i nie zawsze wszystko dobrze zrozumiem, ja używam autorskiej polsko-słowackiej mieszanki. Czasami uznawałam to jednak za zaletę: jak się źle zrozumiemy czy nie jestem czegoś pewna, zawsze mogę zrzucić to na barierę językową ;)
W międzyczasie poświęcam czas na wizyty lekarskie. Jak zaczniesz się diagnozować, znajdzie się punkt zaczepienia i trafisz w odpowiednie miejsce, to zaczyna się cały łańcuszek. Jeden lekarz zwrócił uwagę na objaw, który mu się nie spodobał. Zaczeło mnie to zastanawiać i postanowiłam zweryfikować. Już w docelowej poradni, czekając na kolejne badania, zastanawiałam się, co ja w ogóle tam robię, skoro nic mi nie jest, po czym wyszłam ze skierowaniami na następne, receptą i przykazaniem oszczędnego trybu życia na wszelki wypadek. Chwilę mi zajęło przetworzenie informacji, że może nie jestem aż tak zdrowa, jak mi się wydaje. Podejrzewam, że na końcu okaże się, że to nic takiego, ale jak się zaczęło, to już lepiej sprawdzić. Nie mogę narzekać na ofertę placówki, ale jednak wizyty są w terminach dopołudniowych, ludzi jest sporo i zawsze trzeba trochę czasu poświęcić. Z elastycznością godzin w pracy nie ma problemu, ale jak się ma dużo do zrobienia na już i nie chce brać wolnego, to potem trzeba dłużej posiedzieć.
Po powrocie z Tajlandii brakowało mi... widoku Azjatów. Już na lotnisku w Monachium mi się to nie spodobało, do tego miałam lekki szok kulturowy, bo ludzie wydali mi się na ogół dość niemili. Miałam też w głowie mojego koreańskiego crusha (który pewnie nie wie, że nim jest, chociaż może mógłby się domyślić). Tak więc należało zabrać się za kolejny koreański serial, który miałam w kolejce, o tytule Stranger. Serial prawniczy, co mnie raczej specjalnie nie pociąga, ale obejrzałam z zainteresowaniem i dużą przyjemnością. Jeden z tych, których chce się oglądać więcej, a jednocześnie nie chce się, żeby się za szybko skończyły. Podobali mi się specyficzni bohaterowie. Oczywiście były też odkryte spiski koreańskich elit, skorumpowane władze i biznesmeni przekupujący innych i unikający płacenia podatków - jak to często w tych serialach.
Obejrzałam też Eternautę, zachęcona przeczytaną recenzją i faktem, że to argentyński serial (tak, lubię wybierać filmy i seriale po kraju pochodzenia). Nie byłam pewna, czy zrozumiałam i miałam wrażenie niedokończenia - o ile zorientowałam się z opisu komiksu, na którym to jest oparte, wrażenie było słuszne, tam był ciąg dalszy. Nie jest to wierna adaptacja, bo wspomina o wydarzeniach późniejszych niż czas powstania pierwowzoru, ale ważnych dla Agentyńczyków, jak wojna o Falklandy/Malwiny czy uliczne protesty już w XXI wieku, ogólnie można odnosić treść do najnowszej argentyńskiej historii. W tracie pomyślałam, ze w zasadzie to ja nie lubię takich katastroficznych produkcji, gdzie ludzi atakują jakieś nieznane siły, ale tak poza tym myślę, że jest niezły i jeśli będzie kolejny sezon, również obejrzę.
A potem znów musiało wpaść coś koreańskiego, tym razem Modelowa rodzina. Opisano go jako połączenie Breaking Bad i Ozark, więc razem z koreańskim wykonaniem brzmiało jak coś, co powinno mi się spodobać. Nauczyciel z problemami rodzinnymi, chorym dzieckiem i stałymi brakami finansowymi trochę przypadkiem zostaje wmieszany w działalność kartelu narkotykowego. Do dwóch wspomnianych wyżej produkcji ta się nie umywa, ale nie jest to długie i z czasem przekonuje mnie do siebie bardziej niż wydawało się na początku. Choć na przyszłość chciałabym coś ciekawszego z koreańskich - zamierzam się na Mr. Sunshine...
Zadaniowość w pracy lubiłam, ale właśnie raczej krótkie terminy, nie przepadam za rozwlekaniem w czasie , ani przeszkód niezależnych ode mnie. Tak bywa z remontami, cos zaplanujesz, a tu milion nieprzewidzianych problemów!
OdpowiedzUsuńKoreańskich filmów w ogóle nie znam, azjatyckie twarze i nazwiska zlewają mi się w jedno, może to u mnie jakaś wada percepcyjna, podobnie mam z japońskimi czy chińskimi, książki nie do przejścia.
Może to jest brak przyzwyczajenia? To chyba powszechny problem. Na początku też miałam problem i z niektórymi twarzami, i z imionami, nie wiedziałam, o kim ci ludzie mówią. Koreańskie są takie krótkie i wszystkie podobne. Teraz nadal z pamięci nie powtórzę, ale podczas oglądania kojarzę niewiele gorzej niż te brzmiące bardziej znajomo.
UsuńAzjaci często wybierają sobie zachodnie imiona lub ksywki, żeby innym było łatwiej wymówić i zapamiętać.
Mam ogromny problem z optymistycznym zakłądaniem, że jakieś zadanie zajmie mi chwilę, a potem będę mogła poodhaczać jeszcze kolejne. Potem następuje koniec dnia, a ja dalej rypię to pierwsze zadanko : (
OdpowiedzUsuńOstatni koreański serial, jaki oglądałam to było Death's Game. Całkiem fajny, choć nie podobały mi się zakańczające odcinki. Niemniej jednak, polecam.
Przeszłam się kiedyś po lekarzach, w Australii całkiem szybko, sprawnie i dobrze diagnozują. Ale potem nie leczą, albo nie wiedzą jak. Tak czy siak, znalazł mi się jakiś defekt genetyczny, przez który nie wytwarzam jakiegoś enzymu i jestem bardziej żółta niż powinnam (ale nie jest to groźne, to ,,defekt estyetyczmy''), coś tam odklejone od oka, jakieś hormony za wysoko, za płytkie wgłębienia na kości udowe, szczerze powiedziawszy, strasznie się przejęłam i póki nie wiedziałam ,,co jest ze mną nei tak'', to żyło mi się lepiej.
Ja w ogóle nie umiem szacować, ile mi coś zajmie. Jeśli to są krótkie zadania, takie do kilku dni, to jeszcze mi idzie w miarę trafnie, ale jak dłużej, to mi się rozjeżdża. Jak krótsze, to znowu bywa różnie, czasami mówię, że godzina, a wychodzą 3 albo na odwrót. I jeszcze czasami obiecam, że tak, pewnie, mogę to też zrobić w międzyczasie, bo to takie szybkie, i to szybkie mi cały plan rozwala. Teraz klient sobie zażyczył dokładniejszy plan, podałam przewidywane terminy z zapasem, uwzględniając, że może się coś wydarzyć w międzyczasie, na co przyszła odpowiedź, ze wszystko fajnie, ale czy można by to trochę przyspieszyć :D
UsuńJeśli chodzi o kwestie zdrowotne, to ja lubię wiedzieć, czasami coś się rozjaśnia. Z drugiej strony odpowiednio dociekliwie szukając zawsze coś się znajdzie, a niekoniecznie coś się z tym w ogóle da robić, a z trzeciej czasami szukałam przyczyny jakiegoś problemu i mi wychodziło wszystko dobrze ;) Teraz tylko w pierwszy weekend czułam się z tą wiedzą gorzej, a że dostałam jakiś lek, to jeszcze się stresowałam, czy to nie przesada i czy mi nie zaszkodzi, ale tyle dobrego, że miałam z kim skonsultować wątpliwości.
Dzięki za polecajkę, Death's Game wydaje się obiecujący.
Widzę, że ostatnie dni były pełne wyzwań i emocji. Praca, sprawy zdrowotne, a do tego cały czas coś nowego się pojawia. Jestem pod wrażeniem Twojej wytrwałości i cierpliwości. Dobrze, że udało Ci się złapać oddech dzięki serialom i koreańskim opowieściom. Czasem takie historie dają upragnioną chwilę oderwania od codziennego zgiełku. Mam nadzieję, że uda Ci się zwolnić tempo i złapać równowagę, nawet jeśli zadania piętrzą się wokół.
OdpowiedzUsuńNajwiększe zadanie zbliża się ku końcowi, więc pewnie się uda :) Potem za jakiś czas mam zaplanowanynieco bardziej emocjonujący i pewnie męczący wyjazd, ale to już z własnego kaprysu :)
UsuńNajbardziej zaciekawił mnie ten crush, może coś więcej w temacie? :) O filmach i serialach koreańskich się nie wypowiem, bo chyba żadnego nie widziałam. Dla mnie też twarze z ich rejonów zlewają się w jedną. Są tak do siebie podobne.. A co do lekarzy, to czasem lepiej nie drążyć, zwłaszcza gdy czujemy się dobrze. Chyba, że coś doskwiera, wtedy lepiej zdiagnozować dogłębnie.. Tak czy inaczej zdrowia Ci życzę:)
OdpowiedzUsuńKoreańczyk poznany na wycieczce, którego chętnie poznałabym bliżej. Nie jest może najpiękniejszym Koreańczykiem, jakiego widziałam (jak by można oczekiwać po crushu), ale ma coś w sobie i od razu zwróciłam na niego uwagę. Szkoda, że mieszka daleko :)
UsuńSą też takie problemy, których na pierwszy rzut oka nie widać, a potem młody, zdrowy człowiek niespodziewanie umiera z powodu zatrzymania akcji serca... U mnie podejrzewam, że mam co najwyżej objawy wywołane stresem, a jeśli nie, to że tak żyję już długo, w sumie to myślałam, że na jednej-dwóch wizytach się skończy, ale jak zaczęłam zawracać głowę, to już dokończę. Chociaż często się sprawdza, że ludzie dzielą się na chorych i niezdiagnozowanych...
Ja to chyba ostatnio nie mam tygodnia bez lekarzy, badań, czy nowej recepty. Człowiek myślał, że zdrowy, że młody, a tu proszę. Gdzie nie ruszyć to coś niedomaga... Ale na prywatną służbę zdrowia nie mogę narzekać;)
OdpowiedzUsuńhttps://okularnicawkapciach.wordpress.com/
O rety, to sporo. Ja na publiczną w tym wypadku szczerze mówiąc też nie, trudno mi sobie wyobrazić lepszą ofertę niż tam, gdzie chodzę. Tylko poczekać czasami trzeba.
UsuńCałkowicie rozumiem ten szok po powrocie. Trochę tak miałam po przylocie z Japonii- musiałam się na nowo przestawiać. Mega mnie zachęciłaś, aby obejrzeć ten serial Stranger- dopisałam do swojej listy . Co do badań lekarskich, jak człowiek zacznie chodzić , to prawie nie może skończyć.
OdpowiedzUsuńCieplutko Cię pozdrawiam
Mój brat lecąc z Japonii miał przesiadkę w Moskwie, więc już w ogóle twarde lądowanie ;)
UsuńZ badaniami to tak wygląda, że można utknąć, a i tak nie zawsze się uda znaleźć podstawową przyczynę...
Z tymi badaniami to tak jest - jak zaczniesz to potem ciężko się wyplątać bo każą robić kolejne i kolejne. Ja dziś poszłam do nowej ginekolog - koleżanki z pracy mi ją poleciły bo chyba ze 3 do niej chodzą. No i tyle skierowań i tyle badań co ja dziś dostałam to przez całe życie u wielu innych ginekologów razem wziętych nie miałam. Tylko teraz się zastanawiam czy to wszystko robić bo jeszcze nie daj Boże coś mi znajdą i będzie kolejny podpunkt do posiadanych chorób przewlekłych. A już jak je dzisiaj czy kilka dni temu musiałam wymienić u nowego lekarza to aż mi było i głupio i przykro, że tyle tego jest. Czasem jak wypełniam ankiety medyczne na jakieś badania to się zawsze boje czy mnie w ogóle przyjmą z taką listą chorób. A teraz np. lekarka kazała mi zrobić krzywą cukrową a z tego co wiem moje leki na serce mogą zaburzać ten wynik po podaniu glukozy no i weź tu bądź mądra. Wyjdzie coś nie tak i nie wiadomo czy to wyszło bo jest faktycznie źle czy lek sfałszował wyniki. Muszę przemyśleć czy w ogóle ruszać ten temat :)
OdpowiedzUsuńTy masz fajnie z tymi serialami że tak sobie wyszukujesz tematycznie i i terytorialnie. Zawsze coś ciekawego znajdziesz. A my oglądamy coś, skończy się a potem nie mamy co oglądać i czekamy aż ktoś nam znowu coś poleci. Sami jakoś rzadko trafiamy na coś dobrego
No właśnie czasami nie wiadomo, czy diagnostyka w czymś pomoże, czy tylko zamąci bardziej, dużo zależy też od podejścia samych lekarzy. Jeśli ginekolog wysyła na badania, to ogólnie dobrze, raczej ludzie narzekają, że tego nie robią, ale jak wyniki mają być zaburzone, to faktycznie możesz się zastanawiać, czy warto.
UsuńW serialach przeważnie trafiam na takie, które mi się podobają, chociaż zdarzyło się, że po pierwszym odcinku uznałam, że nie chcę dalej. Czasami odpuszczam sobie kolejne sezony, jak już widzę, że robią się na siłę. Niektóre też oglądam dla języka i wtedy mam większą tolerancję. Ale na przykład polecanych "Telefonistek" nie byłam w stanie obejrzeć więcej niż jeden sezon plus jeden odcinek, mimo że po hiszpańsku, bo bohaterowie mnie za bardzo irytowali.
A jak nie mam co oglądać, na stronie hiszpańskiej telewizji zawsze czeka na mnie ciąg dalszy "Cuéntame cómo pasó :D