One night in Bangkok
Dosłownie jedna noc :) I trzy razy po pół dnia :) Noce planowałam przynajmniej dwie, ale z różnych powodów zdecydowaliśmy przylecieć później. W Bangkoku jest co robić, ale jest takim miejscem, że - jakkolwiek naiwnie to zabrzmi, bo to jednak kawał drogi - istnieje pewne prawdopodobieństwo trafienia tam również po drodze lub przy okazji. Do zobaczenia w dzień przyjazdu wybrałam Wielki Pałac Królewski, Wat Pho (Świątynię Odpoczywajego Buddy) i Wat Arun (Świątynię Świtu). Żeby tam dotrzeć, wysiadało się na stacji, która też jest godna uwagi - moskiewskie metro to nie jest, ale postarali się. Wszystkie trzy wybrane punkty są blisko siebie, więc bardzo łatwo było je połączyć, a żeby nie wracać tą samą drogą, na powrotną stację poszliśmy już gdzie indziej, kawałek przez zwyczajną część miasta. Świątyń w Bangkoku jest całe mnóstwo, w tym kilka szczególnie polecanych, ale ja naoglądałam się świątyń już na północy, więc te wybrane mnie zaspokoiły. Polecono mi też Chinatown, ale może innym razem, jeśli takowy nastąpi - co prawda polecająca mówiła, że czuła się po tym mocno przebodźcowana, więc nie wiem, czego oczekiwać, jeśli dzielnica jest jeszcze bardziej przebodźcowująca niż reszta miasta ;)
![]() |
| Wieczorny spacer |
![]() |
| Stacja metra |
Świątynie piękne, natomiast Pałac jako całość mnie raczej przytłoczył niż zachwycił, trochę za dużo wszystkiego, naćkane jedno na drugim, a przy tym kolorowe i świecące, ale jak najbardziej warto było wejść i się przekonać. Po drodze pewien kierowca tuktuka zdaje się chciał na nas zastosować najbardziej oklepany scam, mówiąc, że jest zamknięte i on nas zawiezie w lepsze miejsce, ale go zignorowaliśmy. Potem kolega dał się naciągnąć na zakup długich spodni w słonie, bo miał na sobie zbyt krótkie szorty, więc był niezadowolony i trochę marudził, ale też starałam się to ignorować - on już tam był, ja nie, a na siłę go nie ciągnęłam. Przy Wat Arun z czasem zaczęło zbierać się coraz więcej młodych ludzi ubranych w tradycyjne stroje, którzy robili sobie sesje zdjęciowe - niektórzy się złapali w kadry :) W okolicy widziałam mnóstwo sklepów, gdzie takie stroje można było kupić czy zamówić. W tych najbardziej odwiedzanych miejscach byli ludzie pilnujący, żeby turyści właściwie się zachowywali. Kiedy wchodziłam do jednego budynku, pan pilnujący widząc, że zdejmuję czapkę, pokazał mi okejkę. W Świątyni Szmaragdowego Buddy, należącej do Pałacu, nie wolno robić zdjęć, więc ktoś też stale o tym przypominał. Trochę to wszystko zakłóca spokój - w zwiedzaniu świątyń lubię też ten moment, kiedy można sobie w ciszy i spokoju posiedzieć w środku - ale jest zrozumiałe.
Bangkok moim zdaniem jest jak najbardziej godny zobaczenia i każdy znajdzie tam coś dla siebie, ale nie jest to miasto w moim typie. Przede wszystkim jest za duży. Z wielkich miast jak dotąd tylko Bogota wzbudziła moją większą sympatię - może dlatego, że jest z jednej strony ograniczona przez góry, ma też dużo niskiej zabudowy i nie odczuwałam tej wielkomiastowości tak mocno. W porównaniu do innych miejsc w Tajlandii w Bangkoku wszystko było BARDZIEJ: dziki ruch uliczny, mnóstwo betonu, gęsta zabudowa, większe budynki, więcej kontrastów. Jako fanka transportu szynowego muszę jednak docenić tamtejsze metro i naziemną kolejkę zwaną BTS (nie słucham k-popu ani nie mam o nim pojęcia, ale pierwszym moim skojarzeniem ze skrótem "BTS" jest znany koreański zespół). Niestety to są osobni przewoźnicy i nie ma wspólnych biletów. Ale bilety w formie żetonów, które się skanuje, a po wykorzystaniu wrzuca do specjalnej luki, uznałam za bardzo sprytne. Kupuje się też wygodnie, w automatach - sprawdziliśmy doświadczalnie, że po wrzuceniu pewnej ilości monet (chyba 27 sztuk :D) maszyna się blokuje, trzeba anulować całą operację i wyklikiwać od nowa, więc niestety nie udało się w ten sposób wykorzystać wszystkich drobnych nagromadzonych w portfelu. Z lotniska też można się bardzo wygodnie dostać do miasta pociągiem.
![]() |
| Balkony wyglądają, jakby mieszańcy zainspirowali się wschodnią Europą |
![]() |
| Nie mogłam nie zrobić zdjęcia pociągu |
Bangkok był też najgorętszy i najbardziej parny. Większość czasu w tym kraju spędziłam w mieście Rayong, które jest nie tak daleko i też nad morzem, więc wydawałoby się, że temperatura i wilgotność będą zbliżone, a jednak tam było inaczej. Rayong jest zdecydowanie mniejszy i zdecydowanie mniej zabetonowany. Gdy tam wychodziło się wieczorem, było już zupełnie przyjemnie, tymczasem gdy w Bangkoku przeszliśmy się już po zachodzie słońca przez może pół godziny-godzinę, spokojnym krokiem, tak tylko się rozejrzeć, gdzie by tu wstąpić na piwo, już byliśmy na nowo spoceni. Kiedy po wizycie w urzędzie poszliśmy się pochodzić po pobliskim parku, nawet będąc miłośniczką chodzenia pod koniec już miałam dość i myślałam, że najchętniej wskoczyłabym do jakiejś wody, skoro i tak jestem mokra. Wody w parku tak naprawdę nie brakowało, w postaci rzeczek czy stawów. Mieliśmy też grę zręcznościową na żywo. Wzdłuż ścieżki, którą pasowało nam iść, były ustawione obracające się zraszacze, więc trzeba było zaobserwować, jak działają, po czym szybko przebiec tak, żeby nie dać się zamoczyć :) Miejscami poziom trudności bywał wyższy, bo zraszaczy było kilka jeden za drugim :)
![]() |
| Typowa miotła |
Żeby nie podróżować upoconym przez kilkanaście czy więcej godzin, dzień wylotu postanowiliśmy spędzić... w galerii handlowej. Co prawda trasa na lotnisko, mimo klimatyzowanych pociągów, wystarczyła, żeby się spocić, ale zawsze to mniej. Kolega miał plany zakupowe, ja też chciałam się za paroma rzeczami rozejrzeć. Brzmi to głupio, ale tamtejsze galerie handlowe są w pewien sposób fascynujące. Są różne, niektóre zwyklejsze, niektóre droższe i bardziej luksusowe. Można tam znaleźć dosłownie wszystko: salony samochodowe, szkoły językowe, zajęcia z matematyki dla dzieci czy oceanarium. Plus bardziej typowe miejsca typu salony kosmetyczne (reklama jednego obiecywała "Korean face", aż miałam ochotę iść i zapytać, czy z mojej twarzy też mi mogą zrobić koreańską ;)). Można też sensownie zjeść. I co ciekawe, w Polsce trudno mi wytrzymać w takim miejscu kilku godzin, ostre światło i suche powietrze szybko mnie męczą. Tam zmęczenia w ogóle nie czułam ani nic mi nie przeszkadzało - może dlatego, że kiedy na zewnątrz wilgotność jest duża, osuszenie tego powietrza działa tylko na plus. Niektórzy opowiadali, że w Chinach mieszkali przy jeszcze bardziej rozbudowanych, tak, że można by w ogóle nie wychodzić. Materiał na dystopię, niestety nie tak nierealny: świat na zewnątrz jest nieprzyjazny, coraz goręcej, zanieczyszczone powietrze, więc żeby komfortowo żyć, trzeba się zamknąć w takich sztucznych przybytkach...
W Bangkoku byłam w zasadzie dwa razy, bo pewnego dnia trzeba było się stosownie ubrać (żadnych t-shirtów, szortów i sandałów - sportowe buty już na szczęście w porządku w tym kraju klapek i crocsów) i udać do urzędu - a właściwie do Centrum usług do spraw inwestycji i ekspatów, jak to ładnie nazwali - w sprawie dokończenia formalności w związku z pozwoleniem na pracę. Wizyta sprawna i równie przyjemna jak nazwa tej całej instytucji, przez większość czasu (całkiem niedługo - umawia się na konkretną godzinę) siedzieliśmy i czekaliśmy, aż pośredniczka załatwi, co trzeba, a poza tym robiliśmy to, co kazała, czyli idź, usiądź do zdjęcia, podpisz, daj kasę. Biuro również mieściło się w centrum handlowym, na wyższych piętrach, dostępnych z wybranej windy. Pośredniczka przysłała nam informację, przy którym sklepie będzie rzeczona winda - żeby ją znaleźć, po drodze musieliśmy się ze trzy razy zatrzymywać przy interaktywnych mapach, bo takie to wielkie, że całość trasy trudno zapamiętać. W tych galeriach nie tak trudno się zgubić: kiedy ostatniego dnia chodziłam po jednej, miałam wrażenie, że stale mijam te same miejsca, ale kiedy chciałam wrócić w konkretne, krążyłam i nie umiałam. Gdy chciałam wytłumaczyć przez telefon, gdzie jestem, też nie było to proste. A żeby znaleźć wyjście na stację kolejki, włączyliśmy nawigację :)


























Wielkość miast ma znaczenie, mnie przeraża już dworzec poznański połączony z galerią, czy warszawski, a co dopiero Bangkok!
OdpowiedzUsuńPodobnie wielkie są niektóre lotniska...
Betonoza ma wpływ na mikroklimat, o czym przekonaliśmy się na greckich wyspach.
Klimatyzacja daje ochłodzenie, ale w nadmiarze powoduje przeziębienie lub złe samopoczucie, przynajmniej u mnie.
Moja mama zawsze narzeka, że gubi się w jednej galerii w Katowicach - ona faktycznie jest zawiła, ale tylko jedno piętro, tam mają po kilka ;)
UsuńWpływ betonozy odczuwam nawet u mnie w mieście, w parku jest zupełnie inaczej niż na głównej ulicy.
Spędzania całych dni w klimatyzacji też nie lubię, najbardziej mi odpowiada, kiedy nie trzeba ani chłodzić, ani grzać.
Dobrze, że mogę u Ciebie poczytać o tym odległym mieście, bo raczej tam nie zawitam. A ciekawie opowiadasz:) Podobają mi się te lampiony i świątynie, chyba nawet nadmiar ozdób by mi nie przeszkadzał. Przynajmniej tam. Co do galerii handlowych to mój Mąż jest po nich wymęczony- oczy go bolą, źle się oddycha. Ja mogę tam łazić godzinami:) Ciekawe gdzie zawitasz na kolejną wyprawę:)
OdpowiedzUsuńTe ozdoby są ciekawe, mają swój urok nawet w nadmiarze. Na terenie Pałacu budynki też były jeden na drugim, trudno było się skupić na konkretnym, ale zobaczyć było warto :)
UsuńJak wszystko pójdzie zgodnie z planem, to za jakiś czas zawitam znów w tamten rejon, tylko do zupełnie innego kraju :) Ale na razie szczególami się nie chwalę :D
Zdjęcia super ale miasto chyba też nie dla mnie, i wielkość, i pęd, nie moja bajka.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie i niezmiennie zapraszam do mnie ♥️
Czy taki pęd, to nie wiem, Tajowie raczej się nie spieszą ;) Gorzej obcokrajowcy, a trochę ich pewnie jest. Ale tłumnie, gęsto i gorąco.
UsuńFascynujące, egzotyczne miejsce. Po Twojej relacji nabrałam ochoty zwiedzić Bangkok.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie
Fajnie zobaczyć i sie przekonać, jakie zrobi wrażenie. Ja nie byłam wcześniej w żadnym mieście tego typu, więc było to ciekawe.
UsuńNiesamowite musi być to miasto- super mi się czyta Twoje relacje, bo mamy Tajlandię w planach na kolejny rok :-)
OdpowiedzUsuńW takich dużych miastach zawsze dużo się dzieje :)
UsuńBangkok na pewno jest warty odwiedzenia, myślę, że szczególnie ze strony kultury i tamtejszego trybu życia. Czuję, że to miasto potrafi oczarować, ale też skłonić do refleksji :)
OdpowiedzUsuńDo mnie bardziej przemówiło Chiang Mai, też duże, ale nieporównywalnie mniejsze, spokojniejsze, bez takiej ilości szkła i betonu. Chociaż Bangkok byłaby wielka szkoda pominąć!
UsuńZawsze uciekam od tłumów, w Bangkoku ten pęd chyba by mnie zmęczył. Ale faktycznie, architektura ciekawa, bo tak nam odległa!
OdpowiedzUsuńokularnicawkapciach.wordpress.com
To tam w wielu miejscach ciężko o spokój i ciszę, chociaż oczywiście takie też jak najbardziej się znajdą. W parku byliśmy prawie że sami, mało kto wpadł na pomysł spacerowania w ciągu dnia :) Pędu za bardzo nie zauważyłam, Tajowie są raczej powolni, bardziej spieszą się obcokrajowcy, ale na ulicy jednak trzeba mieć oczy dookoła głowy :)
UsuńTeż nie lubię wielkich miast ale Bangkok bardzo mi się spodobał, pewnie przez to, że ten gwar i chaos był egzotyczny i w pewnym sensie był dla mnie atrakcją turystyczną. Ale prowadzić samochodu bym tam nie chciała 😀. Pamiętam też, że na niektórych przejściach dla pieszych trzeba było bardzo długo czekać na zielone światło, kilka minut to była norma.
OdpowiedzUsuńŚwiątyń zwiedziłam kilka, ograniczyłam się do tych najważniejszych, ale jeśli gdzieś podczas zwiedzania przechodziłam koło jakiejś to i tak wchodziłam. Raz płynęłam łódką na drugą stronę rzeki bez biletu i bardzo długo miałam wyrzuty sumienia 🙈. Miałam też hopla na punkcie fotografowania mnichów co obawiam się nadal się nie zmieniło i gdybym znów miała okazję być w Bangkoku to nadal robiłabym im zdjęcia.
Faktycznie trochę trzeba było czekać, w prażącym słońcu to nie było najprzyjemniejsze :) Do przypadkowo napotkanych świątyń też fajnie wchodzić. Mnichów się nie odważyłam fotografować. Tajek w tych ich sukienkach też celowo nie fotografowałam, ale jak się załapały w kadr, to są :D
UsuńŚwiątynie piękne i tam na zdjęciach widać taki spokój, którego w Bangkoku chyba zaznać w mieście za bardzo nie można. To chyba jedno z tych miast które nigdy nie śpią?
OdpowiedzUsuńMi się kojarzy z hałasem, chaosem, tysiącem kolorów i ludzi. Bałabym się tam sama poruszać a już na pewno nie autem - zginęłabym wśród tych azjatyckich kierowców.
Najwięcej spokoju pamiętam z parku, bo był środek dnia, temperatura jakieś 36 stopni, odczuwalna według telefonu 46, i prawie nikt tam nie spacerował ;) W świątyniach już było sporo ludzi, bo one są bardzo popularne, choć też nie jakieś dzikie tłumy.
UsuńPamiętam też, że jak raz wsiedliśmy do miejskiej kolejki, było pusto, ja sobie poszłam usiąść w inne miejsce,a kolega został, a potem nagle zrobiło się ciasno, tak że przestaliśmy się widzieć i musieliśmy się znaleźć dopiero po wyjściu.
Z niespaniem to pewnie prawda. Nocowaliśmy w okolicy, gdzie było dużo barów i klubów nocnych, nawet obawiałam się hałasu, ale w hotelu było zupełnie cicho. W okolicy było widać też sporo prostytutek, niestety seksturystyka też tam jest popularna.
Kiedy kolega musiał zawrócić, najpierw obserwował taksówkarza, który robił to samo i doszedł do wniosku, że kluczowy jest spokój i wybranie odpowiedniego momentu :) Ale bez doświadczenia ciężko wyczuć, co mają zamiar zrobić inni kierowcy.