Wrażenia z Krabi
Pierwszego dnia w Krabi poczułam się rozczarowana. Lot miałam wcześnie jak na moje standardy, więc byłam niewyspana i już tylko z tego powodu w słabym nastroju - ale kolejny dla odmiany był za późno. Zostawiłam walizkę w hotelu, przepakowałam się do małego plecaczka i poszłam się przejść i posiedzieć na plaży. Ale najpierw na śniadanie i kawę do restauracji, żeby sobie wygodnie usiąść. Wybrałam bagietkę z kurczakiem i pesto. Ceny mało tajskie. Powinnam się cieszyć, że dostałam normalną bułkę: po pierwszym tygodniu pobytu tego mi najbardziej brakowało, a pieczywo, jakie spotykałam, było zawsze jednakowe, nadmuchane i niedobre, pozostawały tosty lub chińskie bułeczki na parze (były na śniadaniach w moim pierwszym hotelu i bardzo je polubiłam) - lub ryż rzecz jasna, ale w pewnym momencie miałam dość ryżu. Na bułce pierś z kurczaka w kawałku, razem z pesto i paroma plasterkami warzyw. Ogólnie smaczne. Kawa na lodzie bez cukru, zgodnie z życzeniem. Do bułki dostałam widelec i NÓŻ, który to nóż przelał czarę goryczy. Zwykle noże były dostępne tylko wtedy, kiedy były absolutnie potrzebne, standardowy zestaw sztućców to widelec i łyżka, ewentualnie pałeczki, i można tym zjeść prawie wszystko. Sama sobie takie miejsce i takie danie wybrałam, na szyldzie jak byk napisano "Western food", ale w swoim zmęczeniu i w połączeniu z faktem, że na ulicach widziałam samych białych ludzi, poczułam się oszukana: to nie jest Tajlandia!
Nie był to koniec kulinarnych rozczarowań. Kiedy przyszła dla mnie pora obiadu, wzięłam sobie kurczaka z orzeszkami nerkowca, tym razem w jednej z budek i znowu byłam niezadowolona, bardzo to było słabe i nie umywało się do wersji, które znałam z innych miejsc. Później spotkałam się z kolegami i kiedy poszliśmy na kolację, zamówiłam zupę tom yum. Kiedy jadłam ją wcześniej, była ostra, w tamtej restauracji też oznaczono ją w menu papryczką, ale uznałam, że tam jest tylu turystów, że nie ma się czego obawiać i że nie muszę brać do niej ryżu, bo dam radę bez przegryzania, a nie jestem na tyle głodna. Zupa była całkiem smaczna, ale ostrości tam nie było w ogóle, zero, null, nie tego się spodziewałam. Ledwo przyjeżdżasz i musisz się asekurować i dopytywać i liczyć, że uda się dostać a little bit spicy, a jak już się przyzwyczaisz i wiesz, czego chcesz, znajdujesz się w miejscu, gdzie to wszystko jest takie przesadnie ułagodnione i nijakie. Potem trafiałam już lepiej, ale pierwszego dnia tylko świeże mango mnie zadowoliło.
Ao Nang, gdzie się zatrzymałam, to typowo turystyczna miejscowość i za bardzo nic tam nie ma. Morze, widok na skały, hotele i hostele, knajpki, budki z pamiątkami, budki z ofertami wycieczek. Sporo lokali imprezowych, w tym w hostelach. Chłopaki naopowiadali mi o uliczce niedaleko, ale nie chcieli się do niej więcej zbliżać, żeby nie musieć się opędzać od zaczepek czekających tam "pań". Raz przeszłam się sama, ale dla mnie to oczywiście przeżycie neutralne, kobietę zaczepiają tylko naganiacze z pubów, zachęcający do wejścia promocjami i happy hours. Wieczorami chodziliśmy sobie na bilard - kupowało się napoje, a grać w bilard i inne gry można było bez opłat - i wydawało się, że te całe happy hours są w każdym lokalu i trwają przez cały czas otwarcia :) Lokalnego kolorytu się w tych barach oczywiście nie znajdzie, wśród gości same europejskie twarze, muzyka wiecznie ta sama, ale żeby iść zagrać ze znajomymi się nadaje. Na plaży z kolei można było trafić na pokazy sztuczek z ogniem i przyznam, że trafiłam na dość spektakularny.
![]() |
| Przygotowania do pokazu |
Zaintrygował mnie meczet, największy w tej okolicy - zrobiłam mu kilka zdjęć, ale słabych, do środka nie wchodziłam, bo nawet nie wiem, czy innowiercom wolno ani jak się zachować. Ogólnie było widać dużo muzułmanów. Zaintrygowała mnie też trasa wzdłuż wybrzeża, biegnąca przez drewniane schody i podesty, nazwana monkey trail, ale szybko zawróciłam. Raz, że byłam zmęczona i rozkojarzona, a niewystarczająco ufam mojemu poczuciu równowagi; dwa - dla ochrony przed słońcem miałam długie spodnie, które kleiły mi się do nóg i to mnie dodatkowo irytowało; trzy - bałam sie małp ;) Lądem też można podjechać w ciekawe miejsca, na przykład można sobie zrobić górską wycieczkę przez dżunglę i gdybym była dłużej albo wcześniej to wymyśliła, może bym zrobiła. Myślałam o Tiger Cave, świątyni, w drodze do której trzeba pokonać dużo nierównych schodów, ale znowu przestraszyłam się małp - wyobraziłam sobie, jak idę po tych schodach, a one mnie zaczepiają - i do tego uznałam, że tamtego poranka było jednak za gorąco.
![]() |
| Dla mnie to wygląda jak ostrzeżenie, żeby nie grozić małpom nożem ;) |
Ogólnym założeniem na ten fragment pobytu był odpoczynek: miało być blisko do plaży, a dodatkowo miał być punkt wypadowy, ewentualnie na koniec mieliśmy się przenieść na jakąś wyspę. I jako punkt wypadowy Ao Nang się sprawdza. Prawie jak w żartach o Sosnowcu: najlepsze, co ma, to łódki, żeby popłynąć gdzie indziej ;) Zupełnie blisko jest popularna Railey Beach, która oferuje ciekawsze widoki niż plaża na miejscu - choć woda niekoniecznie jest czystsza. Decyzję można podejmować zupełnie spontanicznie: idzie się, kupuje bilet, czeka, aż zbierze się grupa, wsiada i płynie. Zdarzyło się płynięcie w deszczu i wietrze. Starałam się trafić w spokojniejszy moment, choć i tak trochę huśtało i chlapało, a siedząca obok starsza pani w hidżabie postanowiła zasłonić się kapokiem. Kolega trafił tak, że łódką rzucało dość mocno, ale kierujący był wyluzowany: w jednej ręce stery, w drugiej papierosek. Na miejscu jest ulica z knajpami, kompleksy hotelowe i kilka plaż. Są punkty widokowe, ale wejścia są strome, trzeba się wspomagać liną, więc uznałam, że nie dla mnie takie atrakcje, tym bardziej świeżo po deszczu. Nawet spróbowałam zrobić podejście do jednego: lina była ubłocona, a obok siedział jakiś owad, więc odechciało mi się na dobre ;) Za pierwszym razem głównie spacerowałam, plażę zostawiłam sobie na koniec. Za drugim poszłam od razu na dalszą plażę Phra Nang, która jest dość długa, znalazłam spokojne miejsce (wcześniej szłam najpierw w pobliżu krzyczących Włochów, a potem krzyczących Hindusów, i nie mogłam się doczekać, aż ich wszystkich zgubię) i rozłożyłam się pod drzewem - ochrona i przed słońcem, i przed deszczem, który w pewnym momencie znowu zaczął padać. Czytnik, trochę pływania, potem obiad - całkiem miły dzień. I w międzyczasie trochę przymusowego patrzenia w telefon, bo trzeba było jeszcze wybrać jakiś hotel na kolejny etap wycieczki - taki minus braku planowania z wyprzedzeniem.
![]() |
| słońce-deszcz-słońce-deszcz-słońce-deszcz |
Na Railey też są oczywiście małpy i to z jednej strony atrakcja, a z drugiej ja się ich obawiam, nie wiem, co im może przyjść do głowy, bo to jednak dzikie zwierzęta, a na tyle sprytne i mobilne, że mają fizyczną przewagę. Raz miałam wrażenie, że jedna się na mnie czai. Przyglądała mi się i kiedy robiłam kilka kroków do przodu, ona ruszała w moją stronę. Nie było innych ludzi, uliczka wąska, więc ostatecznie poszłam inną drogą. Innym razem małp było więcej, kilkanaście, ale ludzi też, więc czułam się bezpieczniej. Chodziły po płotach, daszkach, okiennicach, a wiszące kable wyglądały, jakby to była trasa wspinaczkowa specjalnie dla nich. Nawet małpiątka dojrzałam: jedno już samodzielne, uciekło, kiedy chciałam zrobić mu zdjęcie (w ogóle kiedy za długo robiłam zdjęcia, zastanawiałam się, czy małp to nie denerwuje ;)), inne jeszcze uwieszone u matki.
![]() |
| Na zdjęciu słabo widać, ale one tu są |
![]() |
| Ekipa elektryków |
![]() |
| Dziecko ucieka z kadru |
![]() |
| Ile małp jest na obrazku? |
Pierwszego dnia mojego pobytu w tym miejscu pomyślałam, że gdyby przyjechać specjalnie tylko tutaj, to nie warto się fatygować przez pół świata. Potem zrewidowałam opinię: nadal uważam, że to byłoby trochę mało, ale muszę przyznać, że widoki ładne i inne niż w Europie, coś do zwiedzania też się znajdzie i można skorzystać z wycieczek łódkami, żeby widoków i plaż mieć więcej - z czego też skorzystałam, ale dokumentacja będzie osobno.























Sporo tych rozczarowań... plaże piękne, ale te małpy, niczym z horroru, w jakimś programie tez ostrzegano przed małpimi gangami ;-)
OdpowiedzUsuńPodobno nawet w egzotycznych krajach już dostosowują smaki pod Europejczyków, co nie bardzo mi się podoba, bo w końcu jeździ się tez dla oryginalnych potraw.
Jedzenie to też element doświadczenia i o ile rozumiem obecność zagranicznych restauracji (miejscowi też mają prawo zjeść coś obcego - choć tam akurat miejscowych turystów za wielu nie było), o tyle chciałabym, żeby miejscowe smaki były takie, jak mają być, wystarczyłoby, żeby dania były mniej ostre, ale nie żeby w ogóle. Wybór miejsca na pierwsze śniadanie to był mój błąd, ale zwykle nawet w miejscach, gdzie miało być zachodnie jedzenie, ono aż tak zachodnie nie było :)
UsuńPamiętam, jak na Gibraltarze ostrzegano, żeby w żadnym wypadku nie bić się z małpą i jakby komuś któraś weszła na plecy, to nie pamiętam co, chyba trzeba czekać, aż zejdzie :D A tutaj ostrzegano, że gdyby ugryzła, trzeba pilnie zgłosić się do lekarza, a pamiętałam opowieść bratowej, że jakiś jej znajomy jechał do szpitala z turystą ugryzionym przez małpę :O
Myślę że reszta atrakcji zrekompensowała Ci kulinarne rozczarowania. Plaże wyglądają fantastycznie!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie i zapraszam do mnie ♥️
Owszem, a i kulinarne doświadczenia były potem bardziej zgodne z oczekiwaniami, a nie takie przesadnie pod zachodniego turystę.
UsuńTych małp to bym się nieco wystraszyła, jakoś tak nie miałabym zaufania, albo raczej miałabym szacunek do ich inteligencji ;)
OdpowiedzUsuńWidoki z plaży ładne, nawet bardzo! a kulinarnie? No cóż, widać wszystko, wszędzie pod turystów.
https://okularnicawkapciach.wordpress.com/
Gdyby tak zechciały zaatakować, człowiek byłby na przegranej pozycji. A chcieć coś ukraść mogą jak najbardziej.
UsuńBardzo mnie ciekawią te Twoje relacje z Tajlandii, bo mam ją w planach na przyszły rok - generalnie na ten moment zastanawiam się którą z wysp wybrać na bazową lokalizację. Tych małpek faktycznie tam całkiem sporo grasuje a meczet faktycznie przyciąga uwagę. Te plaże i widoki są przepiękne <3 cieplutko Cię pozdrawiam
OdpowiedzUsuńJa uznałam, że Krabi będzie odpowiednim miejscem i w zasadzie spełniło oczekiwania: była plaża, były widoki, spory wybór wycieczek i łatwy dojazd z lotniska. W naszej okolicy było dość głośno, ale można było też znaleźć nocleg dalej. Na Phuket nie chciałam, bo wydało mi się zbyt oklepane i jeszcze bardziej komercyjne, ale nie byłam, więc nie potwierdzę - kiedy się zastanawiałam, bo kolega myślał głównie o Phuket, znalazłam też opinie, że różne części wyspy różnie wyglądają, więc można dobrać do potrzeb. Widziałam dużo poleceń Koh Lanta, stamtąd też są dostępne wycieczki łodziami, ale tam już trzeba sobie dopłynąć. Myślałam, że jak nam się znudzi, może się gdzieś przeniesiemy, ale ostatecznie zostaliśmy do końca.
UsuńMałpki chyba są wszędzie :)
Dobrze wiedzieć, ja jestem rozdarta miedzy Krabi a Phuket właśnie- pewnie to przedyskutujemy we dwoje i coś wybierzemy :-)
UsuńOpinie są różne, ale macie czas :) Ja podejmowałam decyzje na ostatnią chwilę, a miejsca w hotelach i loty spokojnie były dostępne :D
UsuńW Tajlandii, w miejscach typowo turystycznych, też można doświadczyć wrażeń i widoków, o które w Europie trudno. Moimi największymi rozczarowaniami są miejsca, gdzie wszystko było pod turystów z Europy lub Ameryki, ceny też. Nie po to lecę na koniec świata żeby jeść english breakfast. Na Krabi, Phuket etc. wszystko jest z myślą o turystach, zmodyfikowane przepisy na niektóre dania też. A to się trochę kłóci ze smakowaniem prawdziwej Tajlandii.
OdpowiedzUsuńMałp nie cierpię i się ich boję, bywają agresywne i nieustępliwe i w ogóle nie boją się ludzi. Widziałam jak wskakiwały ludziom na plecaki albo chwytały się łydek.
A do meczetów wchodzić można, są wyjątki z zakazem wstępu dla kobiet, ale w większości są mile widziane. Byłam w kilkunastu, w różnych krajach, i tylko do jednego nie mogłam wejść.
W Chiang Mai też było pełno turystów z różnych krajów, a jednak nie miałam takiego wrażenia jak w Krabi. Same krajobrazy to trochę mało, żeby lecieć tak daleko... Już wolałam się co jakiś czas na coś naciąć niż mieć wszystko takie dostosowane pod zachodni gust. Raz też weszliśmy do jednego klubu na dachu jakiegoś hostelu i jak się tam po ciemku rozejrzało po ludziach i po otoczeniu, to mogłoby być dosłownie gdziekolwiek na świecie.
UsuńGdybym zobaczyła takie sceny z małpami, to bym się obawiała jeszcze bardziej.
Trochę żałuję, że do meczetu nie spróbowałam wejść, może kiedyś się odważę :)