Przejdź do głównej zawartości

Songkran, Songkran i podsumowanie

 

Zacznę od podsumowania. Jestem zadowolona z wyjazdu, a szczególnie z tego, że mogłam skorzystać z okazji i zostać dłużej. Nigdy wcześniej nie byłam w tym rejonie ani w ogóle w Azji, więc tym bardziej. Rozumiem, co ludzie widzą w Tajlandii, bo to bardzo przyjemny kraj do odwiedzenia. Nie miałam nadmiernie wygórowanych oczekiwań, to znaczy nie oczekiwałam zachwytu, a to też zawsze pomaga. Tak że ostatecznie czułam żal po wylądowaniu znowu na europejskiej ziemi.

Z czasem i wybieranie jedzenia było coraz bardziej udane, choć jak się wydawało, że już niewiele mnie zaskoczy, jednak coś zaskakiwało. Jednego dnia byłam rozczarowana pad thaiem kupionym na stoisku - byłby bardzo dobry, gdyby nie słodki makaron. Dosypałam ostrej przyprawy, ale słodkość i tak za mocno się przebijała. Innego z kolei w hotelu wzięłam sobie do śniadania bułeczkę, która wyglądała na słodką, tymczasem w środku czekał na mnie paluszek krabowy. Tak więc słodkie nuty są wszechobecne, ale jak się akurat spodziewasz słodkiego, trafia się rybne. Rybnych jest też wiele przekąsek do chrupania. Skusiłam się na niektóre dla przetestowania, przekonana, że lubię takie smaki, ale nie, to nie dla mnie, najbardziej akceptowalne były z tego chrupki z kalmarów - czy raczej malutkie uprażone kalmarki zapakowane jak chipsy. Za to prażone groszek czy fasola do chrupania już jak najbardziej na plus - a w zwykłej postaci nie lubię ani jednego, ani drugiego, fasolę kupiłam nieświadomie, bo na obrazku wyglądała jak łubin, a napis "white beans" zignorowałam. Pyszne były żelki mango, niestety przed wyjazdem kupiłam tylko jedną paczkę, a chciałam więcej. A potem zobaczyłam takie same, jak te moje ulubione... w Żabce na osiedlu. A te żelki są tak w ogóle chińskie, na co wcześniej nie zwróciłam uwagi.

Mam trochę nowych doświadczeń i zrobiłam kilka nowych rzeczy. I poćwiczyłam spontaniczne podejmowanie decyzji. Chociaż z hotelowymi miałam łatwo, bo po prostu brałam te, które wcześniej wybrali koledzy, a jak nie było miejsca, to jakiś blisko. Nastawiałam się na możliwość samotnej podróży, ale jednak w większości się zsynchronizowaliśmy, więc sama byłam tylko pojedyncze dni. Całkiem fajnie się jeździ w grupie, gdy umawiamy się na wspólne robienie rzeczy, ale każdy ma swój osobny pokój i nie jesteśmy do siebie przyklejeni.

Byłam na tajskim masażu. Za pierwszym razem tylko plecy, szyja i ramiona, bo miałam trochę obaw, za drugim już wzięłam klasyczny. Pierwsza pani masowała dość mocno, ale bez przesady, druga była większa i mniej delikatna, tak że momentami miałam wrażenie, że mnie zgniecie. Najgorzej przy łydkach, chyba mam je bardziej wrażliwe, bo czułam się, jakby mi je chciała zmiażdżyć, tylko zamiast domagać się przy tym zeznań, powtarzała "Relax!" ;) Ale już stopy czy dłonie mogłaby mocniej. Kiedy nie wiem, czego dokładnie się spodziewać, trudno mi się dostatecznie rozluźnić, ale ostatecznie efekt mi się podobał i chętnie bym to jeszcze kiedyś powtórzyła. Szkoda, że nie zaczęłam wcześniej. W Polsce oczywiście też można, ale wybór nie taki, nie mam w zasięgu spaceru i nie pójdę nieumówiona, i oczywiście koszt inny ;)

Jeździłam na skuterze. Czy umiem? Otóż średnio. Przed wyjazdem myślałam, że to słaby pomysł jeździć w obcym kraju (i do tego bez uprawnień, bo tam oficjalnie wymagają prawa jazdy na motor i można dostać mandat), jeśli nigdy nie robiło się tego wcześniej, ale jestem podatna na wpływy, a koledzy przekonywali, że oni też uczyli się w Tajlandii i że będziemy na wyspie, gdzie prawie nie ma samochodów, więc się zdecydowałam. Jako jedyna, może i jedyna na całej wyspie, wzięłam sobie też kask, żeby czuć się bezpieczniej. Na początku myślałam, że nie pojadę, współpracownik tłumaczący mi przed wyruszeniem "tylko żebyś się nie zestresowała i nie dodała wtedy gazu" zestresował mnie jeszcze bardziej (i oczywiście w stresie zapominałam się i dodawałam gazu niechcący), ale po tym, jak z pustego placyku zrobiłam sobie plac manewrowy i przez kilka minut pokrążyłam, poćwiczyłam ruszanie, hamowanie i zakręty, poczułam się wystarczająco pewnie. Jeden z odcinków jechało mi się doskonale, dobrze panowałam nad skuterem i nawet odważyłam się mocniej rozpędzać - czysta przyjemność. Niestety po późniejszym pobycie na plaży umiejętności mi się zresetowały i końcówka już była stresująca. Trzeba było ruszyć dość mocno pod górkę, a ja miałam dłonie śliskie od potu i kremu do opalania i ślizgały mi się, gdy próbowałam dodać gazu. A potem zdenerwowana łatwo traciłam koordynację. Ale dojechałam w całości i bez incydentów (nie licząc paru przekleństw i jednego "ratunku!" podczas tego wyjazdu pod górkę ;)). Najlepiej, gdybym sobie przed takim wyjazdem poćwiczyła, bo skuter to bardzo wygodny środek transportu, można było swobodnie wyspę objechać. Natomiast jeśli chodzi o samą wyspę, było to dobre miejsce na spędzenie wolnego dnia, kiedy mieszkało się w pobliżu, ale jakiegoś szczególnego wrażenia nie zrobiła.




Pierwszy raz nie byłam w domu na święta, a do tego nietrudno było zapomnieć, że jest Wielkanoc, tym bardziej, że byliśmy w pracy. Załapałam się za to na święto Songkran, czyli obchody tajskiego, czy może raczej buddyjskiego, nowego roku. Z terminu święta wynikał zresztą termin wyjazdu, bo fabryka miała przerwę produkcyjną. Już w fabryce na recepcji powitała nas świąteczna dekoracja z kwiatowymi motywami, a pracujące tam panie były ubrane w wiązane w talii kweciste koszule (swoją drogą nigdzie wcześniej nie widziałam, żeby fabryka miała taką zadbaną recepcję). Na tabliczce przy jednej ze świątyń przeczytałam, że Songkran to święto religijne i rodzinne, ale z obserwacji obecnie jest to też okazja do imprezowania i zabawy na zewnątrz. Kulminacja była w niedzielę 13 kwietnia, ale niektóre biznesy typu pralnie zamykały się na całe kilka dni. Przez kilka dni w wielu miejscach, również w hotelowym lobby czy pod sklepami, stały figurki Buddy, a obok miski z wodą i płatkami kwiatów - woda służyła do polewania posążka. Jeszcze dłużej w różnych miejscach można było usłyszeć charakterystyczną piosenkę, której refren błyskawicznie wbijał się w pamięć, w jednym turystycznym miejscu leciała nawet w różnych językach po kolei. Wydawało mi się, że zazwyczaj była puszczana w wersji tajskiej (a może nie dosłyszałam), ale nie znalazłam - znalazłam za to taką. Filmiki też są ciekawe. A niedziela wieczór to impreza i ogromny śmigus dyngus, szczególnie, gdy się poszło na jedną z ulic, prowadzącą w stronę plaży. Przez całe 3 km albo i więcej była zapełniona samochodami, skuterami i ludźmi przechadzającymi się pieszo, na samochodach głośniki i ludzie na pakach, głośna muzyka, taniec i oczywiście strumienie, a nawet wiadra wody. Wzdłuż ludzie sprzedawali napoje i przekąski. Ogólnie tłumnie, głośno i mokro. Jeśli komuś zabrakło amunicji, zawsze ktoś chętnie udostępniał. Trzeba było zapakować telefon w folię, żeby to przeżył. Mam nawet jakieś własne zdjęcia i nagrania, ale marnej jakości, więc się nie pochwalę. Sprawiliśmy sobie pistolety na wodę, żeby móc odpowiadać na ataki ;) Cieszyłam się, że założyłam soczewki, bo okulary miałabym całe mokre i wymazane. Szybko byłam dosłownie cała przemoczona, łącznie z bielizną i butami (a poszłam oczywiście w adidaskach). Szybko też przestało mi to przeszkadzać, zresztą przy 30 stopniach było to nawet przyjemnie orzeźwiające - trochę mniej przyjemne, jak ktoś użył zimnej wody... Maziali też czymś białym po twarzy - podobno to kreda rozrobiona z wodą, choć spotkałam też wersję, że jakiś puder. Kreda oczywiście spływała i niestety potem wszystko było nią umazane kredą, niektóre samochody jeszcze długo takie jeździły. Pani ze stoiska z koktajlami mówiła, że oryginalnie chodziło o okazanie zainteresowania - my wzbudzaliśmy spore ;) Na ogół robili to kulturalnie, ale dla niektórych to mam wrażenie był pretekst, żeby sobie ludzi podotykać. Często ludzie wołali "Welcome to Thailand!", "Happy Songkran!" albo "Happy New Year!". Kolegom zdarzało się też słyszeć komplementy ("jaki jesteś przystojny!" - można dodać złośliwie "a jaki musisz mieć piękny paszport!" :P) czy oferty zapoznania ich z czyjąś córką. Tydzień później w okolicach fabryki też widzieliśmy ludzi z wodą i naszemu samochodowi się również dostało, ale nie wiem, z czego wynikało to opóźnienie albo kolejna odsłona. Widziałam też ludzi, których nazwałam sicarios w wersji songkranowej, czyli jadących na motorze z przygotowaną do użycia bronią, tylko że broń na wodę ;) Słyszałam, że jest szaleństwo i widziałam nawet nagrania, ale skali jednak sobie nie wyobrażałam :)


Komentarze