Pływająco

Będąc w Krabi nie można było nie popłynąć sobie również gdzieś dalej niż na Railey. Wybrałam się więc na dwie wycieczki łódkami. Podobne, ale różne. Jedna speedboatem na wyspy Phi Phi, druga longboatem na wyspę Hong. Speedboat jest większy i szybszy, ale longboat też nie taki znowu skromny, jak mogłoby się wydawać. Wycieczki miały podobny program: przewidywały snorkeling z łódki, postoje na zdjęcia, obiad i plażowanie. Na pierwszej udało się uniknąć deszczu, na drugiej złapał nas w drodze powrotnej i do pokoju dotarłam przemoczona, ale przynajmniej obeszło się bez burzy i mocniejszych wrażeń z płynięcia. Na obu łódkach było mi niedobrze ;) Pierwsza wycieczka oferowała ładniejsze widoki i bardziej przejrzystą wodę, ale bardziej podobała mi się druga: mniejsza łódka oznacza mniejszą grupę, a więc było bardziej kameralnie, do tego cichszy przewodnik i mniej uczęszczane miejsca. Jak przystało na hejterkę klapek, na pierwszą wycieczkę wybrałam się niezbyt mądrze w adidasach, a klapki spakowałam do plecaka. Nie przewidziałam, że na łódkę będzie się wchodzić z plaży, po piachu i wodzie: musiałam przebrać buty na samym początku i adidasy spędziły rejs w schowku. Na drugiej już nie wydziwiałam, ale do wchodzenia na punkt widokowy adidasy by się dla odmiany przydały, bo zapiaszczone stopy ślizgające się w klapkach były trochę irytujące. Ale i tak pobyt nad morzem kazał mi swoją niechęć do klapek zweryfikować. Dzień wcześniej narzekałam, że wszędzie są sami biali ludzie, więc jakby zgodnie z życzeniem na tej większej łódce połowa pasażerów to byli Hindusi. Najbardziej rzucała się w oczy ekipa kilkunastu Chińczyków, którzy wydawali się bardzo pozytywni i sympatyczni, ale byli zdecydowanie za głośni. Była też nawet jedna Tajka, choć z partnerem już obcokrajowcem.

Pierwsza wycieczka to między innymi kultowa Maya Bay. Widok faktycznie śliczny, ale otoczka nie za bardzo: wysiadasz, idziesz wyznaczoną trasą, możesz zejść na plażę, robisz fotki i z powrotem, a przed i za tobą tłum innych turystów robi to samo. Jak na taśmie. Do tego trzeba pilnować miejsca i czasu zbiórki, a najlepiej też znajomych i innych pasażerów z grupy, bo łatwo się w tym tłumie zgubić. W celu ochrony rafy zakazano wchodzenia do wody dalej niż do kostek, więc ktoś tam stoi, pilnuje i przypomina głośno przez megafon. Uznano, zapewne słusznie, nadmierny ruch za zagrożenie, ale zamknięto plażę tak, żeby nie zamknąć jej do końca i wygląda to, jak wygląda - choć przy takiej popularności zupełnie otwarta pewnie sprawiałaby podobne wrażenie. Jeszcze na łódce przewodniczka wspomniała również o małych rekinkach, które dorastają w zatoce - na słowa "baby shark" w głowie od razu zabrzmiała stosowna piosenka, a nawet nie tylko w głowie, bo Chińczycy zaczęli śpiewać na głos ;) A kiedy przewodniczka opowiadała o małpach, które można było oglądać krążące po skałach w innym miejscu, najbardziej gwiazdorsko usposobiony z nich postanowił udawać małpę... ;)

Maya Bay

Maya Bay

Na szczęście Maya Bay to był tylko jeden z kilku punktów i potem było już spokojniej, chińskie towarzystwo w końcu się zmęczyło i przycichło, a na ostatniej plaży dało sie znaleźć kameralne miejsce. Na Hong też pustek nie było, ale ogólnego wrażenia nie miało co zepsuć.


Bamboo Island

Bamboo Island

Bamboo Island

Dużym plusem była możliwość pooglądania sobie rybek i innych morskich stworzeń: przede wszystkim z łódki, ale przy plaży też było coś widać. Pływać niby umiem, nie mam problemu z utrzymywaniem się na wodzie, ona zresztą była mocno słona i łatwo było pozostawać na powierzchni, ale świadomość nieograniczonej przestrzeni i odległości od usianego jeżowcami dna trochę mnie stresowała. Tym gorzej, jeśli łódek stoi kilka, a ja nie jestem pewna, która jest nasza. Ale kiedy koledzy zawołali, żeby obejrzeć jakąś muszlę, oczywiście popłynęłam. Na drugiej wycieczce byłam już sama i nie musiałam się przed nikim popisywać, więc zdecydowałam się założyć kapok (zresztą wszyscy założyli) - wygodniej się pływa bez, ale w ten sposób mogłam się skupić wyłącznie na oglądaniu i odpłynęłam daleko z większym spokojem, więc ostatecznie bardziej skorzystałam.

To była kolejna z różnic, że na jednej wycieczce byłam w towarzystwie kolegów, a na drugą, poleconą przez nich, płynęłam już sama. Wynegocjowałam sobie całkiem niezłą cenę, mimo że targować się nie znoszę i nie umiem, wolę, kiedy z góry wiadomo, ile co kosztuje. Ceny wypisane w ofertach różnych punktów są tymczasem wszędzie identyczne i zawyżone, trzeba zagadać, żeby poznać faktyczną, a w praktyce potrafią z niej jeszcze zejść. Wiedziałam, ile zapłacili koledzy, wiedziałam, że u kogoś w kolejce widzieli kwit na mniej, więc głupio byłoby mi przyznać się, że przepłaciłam. Zrobiłam też coś innego jak nie ja: normalnie jestem oporna w nawiązywaniu kontaktów, stresuje mnie to i raczej unikam sytuacji, które by temu za bardzo sprzyjały, a tutaj specjalnie usiadłam na łódce obok pewnego osobnika, licząc na to, że zagada, i ostatecznie wycieczkę spędziłam w jego towarzystwie i byłam bardzo rozmowna :) Zrobił dobre wrażenie i chętnie poznałabym go bliżej. Zwróciłam na niego uwagę już na przystani, bo też był sam i spodobały mi się jego wysoki wzrost i koreańska twarz. Kiedyś moim crushem był pewien project manager, Meksykanin mieszkający w Niemczech (też był wysoki, nawet bardzo wysoki), teraz kolej na Koreańczyka mieszkającego w Malezji, a więc jeszcze lepiej. Ale żeby jednak pozostać sobą, zrobiłam też coś, co zawsze robię, a mianowicie przed polską rodzinką nie ujawniałam, że też jestem Polką ;)

Czerwona wyspa

Jedna plaża...

  

I druga plaża

Po schodkach na punkt widokowy
 


 

Komentarze

  1. Beautiful photos! Thank you so much for sharing, and warm greetings from Montreal, Canada.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zdjęcia przepiękne! takie rejsy maja wady i zalety. My podobnie płynęliśmy na wyspę żółwi z Zakintos, tez taśma i wszystko na gwizdek, ale i tak było warto!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, trzeba by sobie wynająć prywatną łódkę tylko dla swojej grupy i omijać najpopularniejsze miejsca. Ale kiedy na łódce mieściło się 20 osób, a nie ponad dwa razy tyle, już było lepiej. Co ciekawe, para znajomych płynęła w te same miejsca i mówili, że nie chcieliby, żeby to tak taśmowo wyglądało, a ostatecznie im się podobało i na Phi Phi bardziej.

      Usuń
  3. Twoje opisy i zdjęcia są niesamowicie barwne i pełne życia, aż poczułam morską bryzę i piach w klapkach! :) Fajnie, że mimo drobnych niedogodności wyciągnęłaś z obu wycieczek coś dla siebie, a już szczególnie podoba mi się wątek „nieśmiałej odwagi” .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podoba mi się określenie "nieśmiała odwaga" ;)

      Usuń
  4. Ależ widoki! Czerwona Wyspa wygląda świetnie!
    Osobiście nie lubię takich bardzo turystycznych, tłocznych miejsc.
    Chociaż nie da się ukryć, są piękne.
    https://okularnicawkapciach.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Idealnie jak miejsce jest piękne i nieuczęszczane, ale wtedy z kolei bywa, że nie tak łatwo się tam dostać...

      Usuń
  5. Ależ przepiękne widoki! Chciałabym się schłodzić w takiej wodzie :)
    Fajnie, że znalazłaś kamrata w podróży

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam nic przeciwko jeżdżeniu w pojedynkę i na ogół w takich sytuacjach towarzystwa specjalnie nie szukam, ale faktycznie fajnie było go poznać :)

      Usuń
    2. Wyspy prezentują się cudnie, ja na szczęście z klapkami nie mam problemów, ale widzę ,ze mogą być przydatne buty do wody ( ze względu na dno ) <3 super mi się czyta te wszystkie wpisy o Tajlandii.

      Usuń
    3. Potrzeby butów do wody nie czułam: jeżowców przy plaży nie było, wszędzie piasek, a wychodząc pływać z łódki i tak dna się nie dotyka, trzeba by specjalnie zanurkować. Zamiast klapek buty typu crocsy też by się sprawdziły i dużo ludzi takie miało, ważne, żeby się dało łatwo opłukać wodą i nie było problemu zamoczyć.

      Usuń
  6. Jak Ty cudownie podróżujesz....♥️. Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do mnie 🙂

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz