Przerywnik urlopowy: na wyspie piachu i kamieni

Znów nadszedł czas na urlop. Tym razem taki zwykły, niepodczepiony do delegacji. Na Fuerteventurze. Jestem zadowolona, bardzo lubię Wyspy Kanaryjskie. Może większą ochotę miałabym na Chorwację czy Hiszpanię kontynentalną, ale na Kanarach letnie temperatury są przyjemniejsze. Czytając o upałach, również tych w Polsce, myślałam, że właściwie to udało mi się od nich uciec, bo tam było chłodniej. Klimatyzacji w pokoju w ogóle nie było potrzeby włączać. Zastanawiałam się, czy wiatr nie będzie irytujący: w niektóre dni i w niektórych miejscach faktycznie wiało mocno, ale najczęściej umiarkowanie. Znowu sprawdziło się, że kiedy nie mam wygórowanych oczekiwań, wracam bardziej usatysfakcjonowana - bo nie spodziewałam się po wyspie nie wiadomo czego. Trzeba przyznać, że Teneryfa (która pozostaje moją ulubioną - pewnie La Palma mogłaby z nią wygrać) czy Gran Canaria są bardziej różnorodne i więcej jest tam do zobaczenia, ale Fuerta też jest ciekawa: pustki i jednostajny surowy krajobraz mają w sobie coś fascynującego. Jadąc przez wyspę czułam się trochę, jakbym jechała przez wielką hałdę, a miejscami przez pofałdowaną pustynię. Poza miejscowościami typowo turystycznymi jest też kilka innych, niedużych, niektóre bardzo ładne i chętnie odwiedzane - sprawiające wrażenie służących typowo do takich odwiedzin, ale całkiem urokliwe. Do tego kilka punktów widokowych i ładnych plaż. Między innymi trudniej dostępna Playa Cofete, na którą trzeba jechać szutrową drogą przez góry: ogromna i pusta (a przynajmniej byłaby pusta, gdyby odejść kawałek dalej), z tymi wzgórzami w tle. Z powodu silnych prądów wstecznych nie można niestety wchodzić głębiej do wody, fale zresztą też wyglądały na dość brutalne. Niedaleko stoi samotna wioska złożona z kilku domów, a kawałek dalej willa, gdzie ukrywali się naziści uciekający z Europy po wojnie - z daleka wygląda ciekawie taka samotna, ale w środku podobno nic specjalnego. Wzięłyśmy wycieczkę minibusem w kilka osób - samochodami z wypożyczalni teoretycznie nie wolno tam jeździć, zresztą ja bym się obawiała. Zaskoczył mnie kierowca, młody chłopak, który mi jakoś nie pasował do tej roli. Przypominał mi jednego marudnego kolegę z pracy. A wracając do plaż, z ciekawszych jest jeszcze Sotavento, gdzie tworzy się laguna pośrodku, ale ją widziałam tylko z góry, a obecność laguny zależy od pływów i nie zawsze wygląda tak, jak by się oczekiwało.









 



Miejscowość, na którą się zdecydowałyśmy, miała wszystko, co potrzeba, a jednocześnie była spokojna, nieprzytłaczająca i niezatłoczona. Zresztą nawet w bardziej popularnym Morro Jable jakiegoś zatłoczenia nie widziałam. Niedaleko nas był naturalny skalny basen, na który zwróciłyśmy uwagę przed wyjazdem i którego stan prawie codziennie chodziłyśmy oceniać. Wydawało się, że jest to jedna wielka mistyfikacja, bo na zdjęciach wyglądał zupełnie inaczej niż na żywo. Trudno było nawet wyobrazić sobie, jakim manipulacjom musiałyby te zdjęcia zostać poddane. Trochę nie do wiary było jednak, że tych zdjęć było całkiem sporo - czy aż tylu ludzi brałoby udział w tym oszustwie? Wiedziałam, że trzeba przyjść podczas odpływu, bo inaczej wszystko jest zalane. Trzeba też przyjść, gdy ocean jest spokojny, bo wpływające fale sprawiają, że woda traci przejrzystość. A gdy się już przyjdzie o odpowiedniej porze, trzeba jeszcze podejść z właściwej strony i wtedy nareszcie wygląda to tak, jak powinno: śliczna niebieska woda, przez którą prześwitują skały i która aż zaprasza do zejścia w dół po kamieniach i wskoczenia do środka. Zwykle przy dobrych warunkach dużo ludzi czuje się zaproszonych, więc trudno zrobić zdjęcie, które nie naruszałoby czyjejś prywatności. Ale efekt jest.

Chyba najlepsze ujęcie, jakie mi się udało :)

Kot portowy

Jedna z wiewiórek też się w końcu dała sfotografować



Podczas wyjazdu zdarzyły się komplikacje. Co roku się słyszy o turystach, którzy gdzieś utknęli, no i tym razem ja również utknęłam. Część ludzi oczywiście już z góry denerwowała się, co to będzie, ale zapewniono nocleg i posiłki, więc poza bezsensownym staniem na lotnisku i odrobiną niepewności nic się właściwie złego nie stało, tym bardziej, że miałyśmy czas. Szkoda, że ostateczny wylot nie był później, bo można by sobie jeszcze zrobić spacerek ;) Wcześniej słyszałam głosy, że hotelu na pewno nie będzie, bo jak oni znajdą nagle miejsce dla tylu ludzi. A tu znaleźli. Sekret: otóż sieć ma w swoich hotelach również części nieużywane. Haczyk: były to części wymagające dezynsekcji... Uznano najwyraźniej, że dla tych nabardziej bojowo nastawionych i najbardziej spanikowanych, którzy przyjdą narzekać, znajdzie się inne pokoje, a większość zostanie - i rzeczywiście tak to wyglądało. Słyszałam, jak recepcjonistka mówi do kolegi "przyjdą się skarżyć" - nie byłam pewna, o co chodziło, ale teraz podejrzewam, że o to, bo doskonale wiedzieli, że może być problem. Nam udało się oszczędzić sobie nieciekawych wrażeń: usłyszałyśmy o niechcianych lokatorach jeszcze zanim poszłyśmy do pokoju i od razu stwierdziłyśmy, że na pewno u nas też są. Dali nam inny, gdzie zajrzałyśmy we wszystkie zakamarki, poruszałyśmy materacem i na szczęście nic nie znalazłyśmy. Słuchałyśmy, jak inni ludzie porobili stosowne zdjęcia, u nas nie było czego. Wiem, że na Kanarach jest pełno karaluchów, chodzą po dworze i łatwo spotkać rozdeptanego, że mogą się trafić w częściach zewnętrznych, przyjmuję nawet do wiadomości, że czasami jakiś może wejść do środka (choć nigdy żaden nie wszedł), ale żeby ktoś znalazł w pokoju kilkanaście?! Hotel niby dobry, jedzenie pyszne, ale już wolę słabszy, ale bez takich atrakcji...

Zdarzyła się też próba kradzieży. Na szczęście nie żadne włamanie do pokoju ani wyrwanie torebki, tylko maszyna z napojami na lotnisku zabrała banknot i udawała, że nic się nie stało. Ale muszę przyznać, że serwis zadziałał doskonale. Wystarczył telefon, pani się podłączyła, wprowadziła kwotę i już można było wybrać towar i dostać resztę. Oczywiście rozmowa przez telefon mnie jak zawsze zestresowała, bo nawet nie za bardzo zdążyłam ją sobie ułożyć w głowie, nie byłam pewna, po jakiemu powinnam mówić do tej pani, czy na pewno się zrozumiemy i jak zareaguje, i gdyby to chodziło o mnie albo o drobniejszą kwotę, pewnie bym dała sobie spokój, ale ostatecznie byłam zadowolona i z obsługi, i z siebie, równie zadowolona jak koleżanka z odzyskania swoich kilku euro ;)



Komentarze

  1. Witaj pod nowym adresem, wieczorem zerknę bardziej, bo jestem u wnuka i czekam aż się obudzi,

    OdpowiedzUsuń
  2. Optymistyczne to, co mówisz lub w ogóle masz spokojne podejście do podobnych zdarzeń.
    Wyspa nieco podobna do Krety, jak widzę, mnie skusiłyby spokój, brak upałów i mała liczba turystów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziwne, ale bardziej mnie zestresował telefon do serwisu niż niepewność, czy nie skończy się koczowaniem na lotnisku. Z koleżanką pomyślałyśmy, że mamy nasze ręczniki plażowe, ja nawet poduszkę, najważniejsze, żeby był dostęp do wody i wc ;)
      Sądziłam, że Kreta jest bardziej zielona, :)

      Usuń
  3. Zaskoczyły mnie niektóre widoki, gdy rok temu na Fuercie był kolega męża to wysyłał fotki z dużą ilością zieleni. Ale dla tych wiewiórek to bym pojechała:) Miałyście szczęście z tym noclegiem (że bez karaluchy to też), fatalnie byłoby utknąć na lotnisku i tam koczować jak Tom Hanks;) Muszę jakoś dodać do listy blogów Twój nowy adres, ale do tego potrzeba chwilę czasu i dojście do laptopa..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to ja dużej ilości zieleni nie zanotowałam. W kurortach jest więcej.
      Wiewiórki słodkie i uroczo się goniły po skałach :) Oprócz wiewiórek było jeszcze sporo dużych czerwonych krabów :)
      Lotnisko na Fuercie nie jest czynne całodobowo, więc byłby problem... Samolot, którym miałyśmy wracać, ostatecznie lądował dopiero w nocy i musiał to zrobić na innej wyspie, a tamci pasażerowie już podobno mieli mniej szczęścia i koczowali do rana...

      Usuń
  4. Cudowny urlop i cudowne zdjęcia - będą piękne wspomnienia. Pozdrawiam serdecznie ♥️

    OdpowiedzUsuń
  5. Miło się czyta🙂 Opowiadasz – z dystansem, obserwacją i lekką ironią.
    Znam Fuertę i bardzo lubię tę wyspę – za jej księżycowe krajobrazy, przestrzeń, piękne plaże, wiewiórki i baraquito, które jest jedną z moich ulubionych kaw. Dobrze rozumiem to uczucie bycia „gdzieś poza światem” – pustka i surowość tej wyspy mają w sobie coś kojącego.
    Dobrze, że mimo różnych przygód – tych z owadami, opóźnionym wylotem i automatami do napojów – udało się Wam zachować spokój i wycisnąć z tego wyjazdu to, co najlepsze. Cieszę się, że urlop był mimo wszystko udany.
    p.s. fantastyczne zdjęcia❤️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Baraquito smakowało bardziej jak likier niż jak kawa, ale nie mogę zaprzeczyć, że było pyszne :)
      Powody do lubienia wyspy doskonale rozumiem. Nie chciałabym tam mieszkać, ale podczas urlopu można doskonale odpocząć.

      Usuń
  6. O! Widzę miłe dla oka zmiany 😀. Fuerteventura to wyspa dla nieco bardziej wymagającego turysty, oczekującego od wypoczynku trochę więcej niż piękne plaże. Widzę siebie wśród tych mglistych albo nieco pustynnych kadrów.
    Hiszpańskie karaluchy są obrzydliwe, niczego nie boję się tak bardzo jak tych potworów. Niektóre są prawie tak wielkie jak chomiki 😃.
    Moja koleżanka była niedawno na Fuercie i od tamtej pory pije kawę taką jak ta z Twojego zdjęcia. Niedługo u niej będę i też spróbuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednocześnie jeśli ktoś oczekuje pięknych plaż, to też je znajdzie, tylko jednak szkoda byłoby na nich poprzestać.
      Ja te kanaryjskie karaluchy znosiłam o dziwo dobrze, chociaż wolałabym, żeby mi się nie pokazywały. A niektóre tamtejsze widziałam nawet latające... Chyba uznałam, że taki klimat 😅W ogóle robale w południowych krajach są dla mnie na szczęście łaskawe i mi się nie narzucają ;)
      Kawka Ci pewnie posmakuje :)

      Usuń

Prześlij komentarz