Chaing Rai, park narodowy i wodospady

 

Jakby za mało było świątyń w Chiang Mai, można wybrać się jeszcze bardziej na północ, do Chiang Rai, i pooglądać również tamtejsze. Choć w moim wypadku akurat Chiang Rai wypadło wcześniej. Niektórzy mieli inny pomysł na ten dzień, ale stanęło na tym, że wypożyczyliśmy samochód i pojechaliśmy. Trzy dorosłe osoby na tylnej kanapie zwykłej osobówki to nie jest najwygodniejsza konfiguracja na trzy godziny jazdy w jedną stronę, ale da się przeżyć. Świątynie w Chiang Rai zrobiły wrażenie. Najbardziej znana jest biała, ale mnie najbardziej urzekła niebieska - stanęła na szczycie mojego osobistego rankingu tajskich świątyń. Odwiedziliśmy jeszcze jedną, ze stojącą obok wielką figurą. W sumie dużo było takich wielkich figur, ale przeważnie złote i najczęściej to chyba był Budda. Ta tutaj to figura bogini współczucia, obecnej w buddyzmie z Chin i Wietnamu (wiem z internetu, wcześniej myślałam, że też Budda). Do środka figury można wchodzić: wspina się po schodach, a potem wjeżdża windą, do której wsiada się przechodząc obok szpaleru tradycyjnie ubranych Tajek. W okolicy jest też kawiarnia z instagramowym ogrodem. Za wstęp się płaci i to pokrywa część opłaty za napój, ale tylko część. Żeby nie brać czegoś zbyt zwykłego, wybrałam kawę z sokiem z marakui. Nie piłam nigdy kawy z sokiem ani wynalazków typu espresso tonic - moja mieszanka nie była zła, ale jednak wolę kawę w zwyklejszej wersji. Z ciekawostek po drodze minęliśmy kilka kościołów - gdzie indziej nie widywałam, tylko w Pattayi zwróciłam uwagę na cerkiew (ale w tamtych okolicach dużo Rosjan, więc mnie to nie zaskoczyło; w mieście, gdzie mieszkaliśmy, też zdarzyło się, że kelnerka zapytała, czy tłumaczyć na angielski, czy na rosyjski). Podczas drogi powrotnej, w deszczu, na drodze pełnej zakrętów, można było podziwiać uosobienie brawury w postaci motocyklisty, który po tej mokrej drodze zasuwał koło setki z rozwianym włosem, bez kasku.


















Słysząc o planach wyjazdu przewodnik, z którym jechaliśmy w inne miejsce, wspomniał również o Złotym Trójkącie, czyli styku granic Tajlandii, Laosu i Mjanmy, oraz położonym niedaleko muzeum opium, ale z tego już zrezygnowaliśmy, za dużo czasu w drodze, bo przynajmniej kolejna godzina jazdy w jedną stronę. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się tam niczego szczególnego, dopiero niedawno obejrzałam zdjęcia i uznałam, że wygląda całkiem nieźle.

A żeby nie przesadzać ze świątyniami, w okolicach Chiang Mai można się skupić również na przyrodzie. Jest na przykład słynny klejący wodospad, po którym można się wspinać. Skały są stale obmywane przez wodę, ale dzięki specyficznej strukturze wapienia faktycznie nie są śliskie - przynajmniej w większości nie są, bo śliskie miejsca też się znalazły. Spróbowałam, ale przestraszyłam się i wycofałam. Bałam się, że puszczę linę i spadnę, więc pochodziłam sobie tylko tam, gdzie akurat z liny nie trzeba było korzystać, po czym wróciłam do góry po biegnących obok schodkach. Chodzenie boso, bo klapki zostawiłam u szczytu schodków, było dla mnie wystarczającym wyjściem ze strefy komfortu ;) Niedaleko było małe jeziorko o wodzie mieniącej się na niebiesko, które dawało efekt lepkich rąk - gdy nabrało się z niego wody i polało ręce, stawały się dziwne w dotyku ;)






Wybrałam się też na wycieczkę do parku narodowego Doi Inthanon, w tym na najwyższy punkt kraju, czyli 2565 m n.p.m. Była to zorganizowana wycieczka w grupie dziesięciu osób: dwie młode Japonki, para z Hong Kongu, dwie Niemki, dwie Francuzki i jeszcze jeden Francuz osobno. Przewodnik zagadywał każdego i wręcz wymuszał pozowanie do zdjęć, sam też robił uczestnikom swoim telefonem. Zadziwił mnie pytaniem "czy w Polsce są lasy?" - potem dodał "takie, jak ten", ale dotarło do mnie z opóźnieniem i ostatecznie odpowiedziałam, że oczywiście, tylko rośliny inne. Najwyższy punkt Tajlandii jest skromny: łagodne wzniesienie porośnięte lasem, tabliczka i pomnik. Za to wrażenie robi temperatura: według tabliczki rano było całe 9 stopni, a kiedy tam dotarliśmy, 15-16. Nie chce mi się w to wierzyć, bo przy 15-16 powinnam mieć potrzebę cieplejszego ubrania się niż tylko narzucenie cienkiej koszuli, ale różnica była odczuwalna, a powietrze cudownie rześkie. W planie był też krótki trekking. Do wyboru były dwie wersje, przedstawione jako łatwiejsza i ładniejsza trudniejsza, i na szczęście nauczona doświadczeniem, że organizatorzy często określają poziom na wyrost, wybrałam trudniejszą. Konieczny był miejscowy przewodnik, choć szczerze mówiąc nie wiem, dlaczego, czy nie tylko do pilnowania albo żeby po prostu dać zatrudnienie. Widoki miejscami jak w Bieszczadach, miejscami jak na Maderze :) Na punkcie widokowym widok był niestety tylko na chmury. Ale spacer na plus.










W parku narodowym jest też kilka wodospadów. Zatrzymaliśmy się przy jednym - piękny, majestatyczny widok, masy wody zwalające się w dół. Nie rozumiałam tylko, dlaczego niedaleko stoi portret króla. A będąc przy królu, po drodze odwiedziliśmy też pagody poprzedniego, zmarłego już króla i królowej, postawione im z okazji 60-tych urodzin przez lotnictwo. Obecny król jest dość specyficzny i ponoć już nie tak ceniony, więc spodziewam się, że na pagodę nie zasługuje (i teraz jakiś urzędnik to przeczyta i więcej mnie do kraju nie wpuszczą ;)). Idea jest dla mnie dość egzotyczna, ale miejsce ładne: jest ogród, są widoki, we wnętrzach oczywiście buddyjskie motywy. Był też postój w wiosce, gdzie można było kupić między innymi miejscową kawę. Podczas degustacji mi smakowała, zakupu jeszcze nie testowałam. Wiedziałam, że chcę, odkąd kolega się pochwalił zakupem, choć on nie dokładnie w tym samym miejscu.










A potem pożegnałam północ i poleciałam nad morze, gdzie w pierwszej chwili poczułam się trochę rozczarowana - ale ostatecznie też nie żałuję :)

Komentarze

  1. Niesamowite są te świątynie- zawsze chciałam zobaczyć właśnie tę białą :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam w takim razie, ale polecam przy okazji zajrzeć też do niebieskiej :)

      Usuń

Prześlij komentarz