Chaing Mai i milion świątyń

 

Mój wstępny plan wycieczki po Tajlandii obejmował Krabi albo inne nadmorskie okolice, Bangkok na sam koniec (żeby się nie stresować, czy zdążę na samolot) i rozważałam, czy jechać również do Chiang Mai: czy to nie będzie za dużo przemieszczania się i czy nie będzie tam jeszcze fatalnej jakości powietrza z powodu wypalania traw (podobno w Tajlandii już jest zakaz, ale w krajach ościennych nie ma). Ostatecznie po wspólnych ustaleniach Chiang Mai zostało pierwszym etapem i bardzo się cieszę, że je uwzględniłam. Mogę od razu napisać, że co prawda nie ma tam morza i tym samym plaż jak z pocztówki, ale to tam, w północnej części kraju, podobało mi się najbardziej. Ale też to właśnie w tej okolicy, tylko że już poza miastem, spotykałam punkty kontrolne na drogach, gdzie policja zatrzymywała samochody i zaglądała do środka, w innych miejscach ich nie kojarzę i ogólnie policji za bardzo nie było widać.

Na samym początku miałam takie szczęście, że z kilku dostępnych lotów wybrałam akurat ten, który okazał się opóźniony. Przyleciał nieco później niż miał, a potem przez ponad dwie godziny mogliśmy obserwować, jak ekipa grzebie w silniku. Późniejszy samolot tego samego przewoźnika już poleciał, nasz nadal stał. Takie ryzyko tanich linii, ale mogliśmy kupić bilet na ten późniejszy i móc później wyjechać. W ramach rekompensaty po wylądowaniu dostaliśmy bony na 150 batów (ok. 16-17 zł), która to kwota wydaje się śmieszna, ale obiad na lotnisku spokojnie się za to zjadło - dla porównania w drodze powrotnej do domu odwołano mi jeden lot i 7 euro rekompensaty to było za mało na kawę i bułkę w Monachium :)

Chaing Mai jest drugim co do wielkości miastem w Tajlandii, choć do Bangkoku nie ma porównania, według wikipedii ma 1.2 mln mieszkańców. Nie czułam się jednak w ogóle jak w dużym mieście. Miałam nocleg w części dawniej otoczonej murami, po których zostały ruiny, i mimo turystów ta część robiła raczej kameralne wrażenie. Łatwo było przemieszczać się pieszo, a to też mi bardzo odpowiada. Spodziewałam się tylko, że stare miasto będzie bardziej... staromiastowe, a tu jednak takiej starówki, jakie można znaleźć w Europie czy Ameryce Łacińskiej, nie było. Był za to widok na góry, a to uwielbiam.

 






Większość towarzystwa dotarła do Chaing Mai wcześniej i siedząc w pracy dostawałam irytujące zdjęcia :) Z chłopakami zrobiliśmy sobie wycieczki, a kiedy zostałam sama, pomyślałam, że teraz pora na luźny dzień, więc wstałam nieco później i po standardowym śniadaniu w postaci tosta, jogurtu i kawy przeszłam łącznie kilkanaście kilometrów zwiedzając kolejne świątynie. Nie pamiętam, ile ich było. Później nawet nie chciało mi się wchodzić, bo w gruncie rzeczy są podobne i się mylą (kiedy patrzę na zdjęcia, nie jestem pewna, która jest która), nie chciało mi się też ciągle zdejmować butów przed wejściem i na nowo zakładać, ale mimo podobieństwa każda miała w sobie coś szczególnego, więc kursowałam po mieście i wchodziłam. A to jakieś bardziej oryginalne zdobienia, a to chedi z figurami słoni, a to figury siedzących mnichów, wyglądające jak żywe. W jednej z nich wyznaczone były też specjalne godziny, kiedy można było porozmawiać z mnichami, byli wtedy dostępni i czekali. Wszystkie świątynie są bogato zdobione, pełne detali, często ozdobione złotym kolorem i błyszczące. W środku zawsze było coś w rodzaju głównego ołtarza z figurką Buddy, a oprócz tej głównej jeszcze więcej figurek. Na ścianach bocznych często pojawiały się sceny z życia Buddy. Dzwonnice obok też się zdarzały, podobnie jak kapliczki gdzieniegdzie przy ulicy. W świątyniach pojawiały się też portrety króla i to było dla mnie nieco dziwne, ale obecność królewskich wizerunków w miejscach publicznych to jeszcze inny temat.

 














Po południu podjechałam na wzgórze, do świątyni zwanej Wat Phra That Doi Suthep, podobno najważniejszej na północy kraju. Wybrałam się czerwonym samochodem o nazwie songthaew, gdzie siedzi się z tyłu na ławkach ustawionych wzdłuż boków. Na górze kierowca pokazał, gdzie iść i dał mi godzinę. Wystarczyło, choć wolałabym więcej. Idąc w stronę świątyni niechcący zboczyłam w las i wtedy byłam sobie bardzo wdzięczna, że na kolejny dzień miałam zaplanowaną wycieczkę na najwyższy punkt kraju i krótki trekking, bo aż żal mi było z tej leśnej ścieżki wracać. Świątynia była spora. Najpierw schody do pokonania, potem spore patio (?), gdzie już trzeba było wchodzić bez butów, dookoła też różne obiekty i punkt widokowy. Różne praktyki z kategorii religijnych mogłam zaobserwować już wcześniej, ale tam dodatkowo ludzie chodzili w procesjach dookoła.








 Z bardziej charakterystyczych zapamiętałam też srebrną Wat Sri Suphan. Niestety kobiety nie mogą wchodzić do środka - jeśli się chce pooglądać, pozostaje internet, na bilecie umieszczono kod QR z linkiem. W internecie znalazłam jakieś wyjaśnienia, nie wiem, na ile prawdziwe, a na ile wymyślone, na tabliczce napisano tylko mgliście coś w rodzaju: "kobiety nie mogą wchodzić do środka dlatego, że kobieta nie może zostać mnichem, ponieważ jest to zabronione". Aha. Wstęp na teren był płatny dla wszystkich (albo może dla wszystkich obcokrajowców, bo to częsta praktyka), więc pani w kasie, zanim sprzedała bilet, upewniała się, czy jestem świadoma. Ale od zewnątrz też było na co popatrzeć, więc nie żałuję. Nie trafiłam na inną świątynię z podobnymi praktykami - zdarzyło się konkretne miejsce, gdzie było zaznaczone, że wstęp tylko dla mężczyzn, ale jedno z wielu, a nie główny budynek.



A reszta w osobnym wpisie, żeby już tak bardzo nie rozwlekać.

Komentarze